Zew Krwi Smoków

Rozdział 17:

Płomień pod Lurkwood

07/02/2026

Spędzili w Wilczych Łęgach ostatnią noc, jakby podświadomie próbując zatrzymać czas, który i tak nieubłaganie popychał ich dalej. O poranku zeszli do karczmy Ruperta, gdzie w powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego chleba i gorącej owsianki. Zjedli śniadanie w ciszy przerywanej jedynie brzękiem naczyń i przytłumionymi rozmowami nielicznych gości. Gdy opuszczali przybytek, Rupert wyszedł zza kontuaru i podszedł do hobbitki, dźwigając w ramionach ogromną torbę wypchaną po brzegi.

– Wiem, że macie ten… no… torbę bez dna. Więc możecie to schować. Starczy wam na dwa tygodnie, macie tam wszystko: suszone mięso, jajka, chleb podróżniczy, browary oczywiście, i więcej, oraz specjalną butelkę magicznego grzanego wina – powiedział karczmarz z lekkim zakłopotaniem, jakby wciąż nie do końca wierzył w cuda, których był świadkiem.

Hilda przyjęła zapasy z wdzięcznością, po czym odwróciła się, by pożegnać Pellie. Objęły się mocno. Hobbitka wiedziała, że musi wyruszyć, że jej droga prowadzi dalej, poza bezpieczne granice Wilczych Łęgów, jednak w głębi serca pragnęła zostać u boku siostry, w miejscu, które przez chwilę znów mogła nazwać domem. Obiecały sobie jednak, że niebawem się zobaczą, a słowa tej obietnicy brzmiały jak cichy talizman przeciw rozłące.

Dzień był pochmurny. Stalowo-szare niebo wisiało ciężko nad miastem, pozbawione nawet najmniejszego śladu słońca. Mimo to w powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę. Dni stawały się coraz cieplejsze, śniegi topniały po zimie, która w istocie trwała latami i zdawała się nie mieć końca. Wilgotna ziemia pachniała odwilżą i odradzającym się życiem.

Gdy przechodzili przez dziedziniec miasta, rozmowy milkły jedna po drugiej. Mieszkańcy odwracali głowy, patrzyli na nich z mieszaniną podziwu i niepokoju. W końcu szli bohaterowie tego miejsca – żywe legendy, które przyniosły Wilczym Łęgom ocalenie. A kiedy przekroczyli bramy, ciężkie wrota zamknęły się za nimi z głuchym łoskotem, jakby odcinały ich od bezpiecznej przeszłości.

Podążyli na północ znaną już ścieżką przez las Neverwinter. Las wyglądał inaczej niż ostatnim razem. Śnieg ustępował miejsca miękkiej ściółce, między korzeniami pojawiały się pierwsze zielone pędy, a w powietrzu rozbrzmiewały nieśmiałe trele ptaków. Wszystko budziło się do życia.

Pierwsze dni drogi minęły spokojnie. W trakcie marszu Hilda prowadziła długie dysputy z Panem Robaczkiem, łowczyni pragnęła poszerzyć swoją wiedzę o naturze, zrozumieć ją głębiej, niemal instynktownie, jakby przygotowywała się na coś, co dopiero miało nadejść. Felix z kolei zachowywał swoją codzienną rutynę modłów do księżyca. Każdego wieczoru, gdy srebrny blask Selûne rozlewał się po leśnych polanach, kapłan klękał w ciszy, zanurzając się w medytacji.

Po kilku dniach bogini odpowiedziała na jego prośbę.

– Uratuj nas przed koniecznością polegania na Varikasie i przyjmowania od niego zadań. Proszę, powiedz mi, gdzie znajdują się pozostałe klejnoty, których poszukuje Bao Bei – wyszeptał Felix w blasku księżyca.

Tym razem Selûne nie objawiła się przed nim w swej świetlistej postaci. Jej obecność była subtelna, niemal ulotna. Usłyszał jedynie jej głos, rozbrzmiewający w chłodnym świetle nocy.

– Wszystkie pozostałe klejnoty Bao znajdują się gdzieś w piekle, w jednym miejscu.

O poranku kapłan podszedł do mnicha, gdy reszta drużyny szykowała się do drogi.

– Selûne odpowiedziała na moje modlitwy i przekazała mi informacje, których poszukujesz, niestety zła wiadomość jest taka, że to, czego szukasz – pozostałe klejnoty rodowe – wszystkie znajdują się w piekle.

Bao westchnął ciężko. Na jego twarzy na moment pojawił się cień smutku, jakby to potwierdzenie przypieczętowało los, który przeczuwał od dawna. Po chwili jednak jego oblicze znów stało się spokojne. Odwrócił się w stronę Felixa, powoli otwierając oczy.

– Spodziewałem się tego, biorąc pod uwagę fakt, że znajdują się wszystkie w jednym miejscu i to, kto przekazał nam tę informację wcześniej. Prędzej czy później i tak tam trafimy.

Ambraxas, słysząc te słowa, zastanawiał się, czy klejnoty są w posiadaniu Varikasa, czy może znajdują się w kolekcji Asmodeusa, obok Księgi Popiołów. Myśl o tym, że mogą spoczywać w rękach władcy Piekieł, była jak cierń w umyśle.

– Kto by ich nie miał, to zrobię wszystko w mojej mocy, żeby je odzyskać. Nawet jeśli będę musiał przy tym zginąć – powiedział tabaxi z determinacją, jego ogon poruszył się niespokojnie.

– Nie zginiesz przy tym sam, przyjacielu – odparł bez chwili wahania drakon, jego głos brzmiał stanowczo i pewnie.

Bao ponownie zwrócił się do kapłana.

– Dziękuję ci, Felixie, że się zatroszczyłeś o mój problem, aczkolwiek podejrzewam, że mimo wszystko, niezależnie od tego, gdzie są moje klejnoty, to i tak trafimy do tej czeluści.

Felix skinął głową.

– Pewnie tak, ale teraz przynajmniej jesteśmy pewni. A gdy następnym razem Varikas będzie chciał nas wykorzystać, będziemy mu mogli powiedzieć, że już wiemy, gdzie znajdują się klejnoty.

– Cieszę się, że twój patron ci odpowiedział – dodał mnich spokojnie.

Wiatr zaczął się wzmagać, gdy siedzieli jeszcze przez chwilę w obozie. Korony drzew zaszumiały niespokojnie, a w oddali rozległy się pierwsze grzmoty.

– Hoar nad nami czuwa – wyszeptał Ambraxas.

Chwilę później z nieba spadły pierwsze krople deszczu, ciężkie i chłodne. Tabaxi otrząsnął wodę z futra, po czym zarzucił kaptur na głowę, wyraźnie zmotywowany do dalszej drogi mimo niesprzyjającej pogody. Kolejny dzień podróży minął bez większych problemów. O zmierzchu ponownie rozbili obóz, ustalili kolejność warty, a Felix otoczył ich magiczną tarczą, która jak niewidzialna kopuła oddzielała ich od mroku i niepewności nocy.

Tej nocy Bao nie zaznał ukojenia. Sen przyszedł ciężki, lepki jak smoła, a wraz z nim wizje, które wdarły się do jego umysłu bez litości. Widział członków swojej rodziny w piekle – ich sylwetki zniekształcone przez ogień i cień, twarze napiętnowane cierpieniem, oczy, w których odbijały się płomienie bez końca. Obrazy były niespokojne, rwane, pełne krzyków, których nie słyszał, lecz czuł w kościach. Obudził się z przyspieszonym oddechem, z dłonią zaciśniętą w pięść. Nie była to dobra noc.

Przez kolejne dni pozostawał zamyślony. Jego spojrzenie często uciekało gdzieś w dal, jakby próbował dostrzec coś poza linią horyzontu, poza światem, w którym stąpali. O poranku, gdy zjedli śniadanie, Ambraxas uniósł dłoń i przyzwał swego spektralnego wierzchowca. Powietrze zadrżało, a przed nimi wyłonił się gryf utkany z eterycznej materii – półprzezroczysty, majestatyczny, z rozwianą grzywą i skrzydłami, które poruszały się bezszelestnie. Od tego momentu podążał za nim, a każdy, kto czuł zmęczenie, mógł dosiąść widmowego stworzenia i odpocząć na jego grzbiecie.

Ruszyli dalej przez górzystą misę, której zbocza falowały jak zastygłe w kamieniu fale. Hilda prowadziła ich na północ, pewna kroku, czujna. Przy kolejnym postoju rozłożyli mapę i wspólnie przeanalizowali trasę. Hobbitka podjęła decyzję – ominą Mirabar i skierują się dalej na północ, ku Królestwu Wielu Strzał i lasom Lurkwood.

Wyłowiła z pamięci wszystko, co wiedziała o tych lasach. Nie znała ich z map ani z własnego doświadczenia. Znała je z ostrzeżeń. Lurkwood był typem lasu, o którym starsi łowcy mówili półgłosem, a potem zmieniali temat. Nie dlatego, że chcieli straszyć, lecz dlatego, że nie chcieli przywoływać uwagi. Wśród traperów i myśliwych krążyła jedna prosta zasada – możesz przez niego przejść, ale tylko raz. Drzewa rosły tam tak gęsto, że światło z trudem przebijało się przez korony, a w głębi las zdawał się zmieniać, jak ruchomy labirynt, który przestawia ścieżki, gdy tylko przestajesz patrzeć.

Hilda zamyśliła się. W jej wnętrzu obudziła się potrzeba sprawdzenia siebie. Lasy były dla niej jak otwarta księga, a podróżowanie przez nie przestało być wyzwaniem. Lurkwood natomiast było czymś nowym, nieznanym, wymagającym. Felix dostrzegł błysk w jej oku, gdy opowiadała o legendach i ostrzeżeniach. Bao wierzył, że skoro prowadzi ich Hilda, nie są w stanie się zgubić.

Ruszyli dalej. Przez następne dni łowczyni wyglądała na wyraźnie podekscytowaną, jakby sama myśl o tym miejscu dodawała jej energii. Podróż była spokojna. Mijali wędrowców i kupców, samotnych jeźdźców oraz niewielkie karawany, które zmierzały w przeciwnych kierunkach. Wiosna coraz śmielej zaznaczała swoją obecność – śnieg znikał z dolin, a powietrze stawało się łagodniejsze.

W końcu dotarli na zbocze urwiska. Ścieżka prowadziła stromo w dół, wijąc się między skałami i luźnymi kamieniami. Daleko pod nimi rozciągał się las Lurkwood – ogromny, ciemny, rozległością dorównujący lasom Neverwinter. Z tej wysokości wyglądał jak morze koron drzew, w którym łatwo było utonąć.

Ruszyli w dół ostrożnie. Hilda skupiła się na stromym zejściu, kontrolując każdy krok. Reszta zauważyła jednak coś jeszcze – niedużą wioskę nieopodal granicy lasu. Kilka budynków o drewnianych ścianach i spadzistych dachach, z kominów których unosił się dym. Otaczały je niewielkie pola uprawne, jeszcze wilgotne po zimie.

Felix spojrzał w tamtym kierunku.

– Może wstąpimy do wioski i dopytamy o okolicę – zaproponował.

– Może mają tam karczmę, możemy napić się piwa i zapytać, czy po drodze nie ma żadnych zagrożeń – zgodził się Ambraxas.

Bao zapytał z lekkim uśmiechem:

– Liczysz na jakiegoś smoka?

– Nie muszę ich szukać – odpowiedział stanowczo Ambraxas.

Wyciągnął z torby mapę. Rozwinął ją i położył na płaskim kamieniu.

– Pracowałem nad nią niemal dekadę w mojej pustelni. Nigdy nikomu tego nie pokazywałem.

Mapa powstała w czasach, gdy drakon przybył do Faerûnu. Przedstawiała leża smoków, o których usłyszał od podróżników i wędrowców. Były starannie zaznaczone, skategoryzowane kolorami według rodzaju bestii, a piętnaście z nich zostało już skreślonych – ślad po walkach, które stoczył.

Bao Bei przyjrzał się jej z uznaniem.

– Imponująca robota. Widać, że wkładasz wysiłek w to, na czym ci zależy.

Ambraxas zwinął mapę i schował ją z powrotem do torby, a w jego spojrzeniu na moment pojawiła się mieszanka dumy i milczącej determinacji.

Dojście do wioski zajęło im niemal cały dzień. Słońce chyliło się już ku zachodowi, barwiąc niebo na przygaszony pomarańcz i purpurę, gdy w końcu dotarli na skraj osady. Kilka niskich, drewnianych chat stało na nierównym brzegu polany, jakby ktoś postawił je w pośpiechu, a potem nigdy nie odważył się ich poprawić. Ich ciężkie dachy wzmocnione były dodatkowymi belkami i warstwą kamienia, by wiatr wiejący od strony lasu nie mógł ich porwać. Konstrukcje wydawały się toporne, surowe, podporządkowane bardziej przetrwaniu niż estetyce.

Między domami nie było wyraźnych uliczek – jedynie wydeptane ścieżki wiły się w sposób, który nie do końca miał sens, jakby mieszkańcy poruszali się nimi instynktownie, a nie według jakiegokolwiek planu. Na skraju osady wbito w ziemię drewniane pale. Nie tworzyły płotu ani prawdziwej bariery, raczej symboliczną linię graniczną – nierówną, miejscami przerwaną. Na niektórych wisiały wyschnięte wiązki ziół, wstążki oraz kości drobnych zwierząt, poruszane przez wiatr w cichym, niepokojącym rytmie.

Las zaczynał się bez ostrzeżenia. Nie było łagodnego przejścia ani wyznaczonej ścieżki. Drzewa rosły tak blisko siebie, że ich pnie tworzyły niemal zwartą ścianę, a wnętrze Lurkwood tonęło w gęstym półmroku, mimo że zmierzch dopiero nadchodził.

Największy budynek bez trudu rozpoznali jako karczmę. Stała najdalej od lasu, przy samej granicy wioski, jakby mieszkańcy chcieli oddzielić miejsce spotkań od czającej się za plecami ciemności.

Bao rozejrzał się uważnie po osadzie.

– Nie wydaje się wam, że tutaj jest podobna sytuacja jak w Phandalinie? Zwróćcie uwagę. Wszystko się układa, jakby coś tu było, ale niestety nie znam się na architekturze.

Mnich przyjrzał się fundamentom i podmurówkom. Architektura była prymitywna, uboga, niemal prowizoryczna, jednak pod jej fasadą kryło się coś więcej – coś, co przypominało mu Phandalin. Widać to było w nieregularnych kamieniach, w starych fundamentach, które nie pasowały do reszty konstrukcji. Wioska musiała zostać zbudowana na ruinach czegoś, co kiedyś tu stało i dawno zostało zapomniane.

Jednak to, na czym powstała ta osada, było zdecydowanie starsze niż Phandalin. Tam od razu było widać, że fundamenty należały do zrujnowanego przez orki miasta. Tutaj było to coś bardziej historycznego, bardziej antycznego – być może sprzed tysięcy lat. W miejscach, gdzie nie stały budynki, można było dostrzec ślady dawnych zabudowań: zarysy murów, fragmenty kamiennych płyt wystających spod ziemi, jak kości pradawnego giganta.

Ambraxas wiedział wiele o krasnoludzkich osadach i polityce, lecz nigdy nie słyszał o żadnym znanym mieście czy twierdzy w tym miejscu. Patrząc na to, co kiedyś stanowiło fundamenty, był pewien jednego – zostało to zrównane z ziemią tysiące lat temu.

– Mam złe przeczucia co do tego miejsca – dodał Bao cicho.

Paladyn jednak nie wyczuwał w okolicy żadnej złej mocy. Powietrze było ciężkie, wilgotne od nadchodzącej nocy, lecz pozbawione aury zepsucia czy obecności plugastwa. A mimo to coś w tej wiosce sprawiało, że cisza była zbyt głęboka, a zmrok zapadał jakby szybciej niż powinien.

Stanęli przed karczmą, której drewniane ściany przybrały w zachodzącym świetle ciemny, niemal krwawy odcień. Za ich plecami Lurkwood milczało, jakby czekało.

Drzwi karczmy otworzyły się ciężko, lecz bez skrzypnięcia – ktoś zadbał o zawiasy, jakby cisza była tu równie ważna jak dach nad głową. Wnętrze przywitało ich półmrokiem i ciepłem. Ogień palił się nisko w palenisku, przytłumiony kamieniami. Płomienie były stabilne i ostrożne, pozbawione trzasku i iskier, jakby nawet one nie chciały zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi.

Wnętrze wypełniały masywne ławy przybite do podłogi, ciężkie i solidne. Stoły nosiły ślady setek noży – wyżłobienia, zadrapania, wyryte znaki. Goście rozmawiali cicho, pochylając głowy ku sobie. Szept zastępował śmiech, a spojrzenia częściej wędrowały ku drzwiom niż ku rozmówcom.

Za ladą stała karczmarka. Jej twarz była surowa, zmęczona i pozbawiona nadmiaru emocji, lecz w jej ruchach nie było nerwowości. Mimo ascetycznego wyglądu wnętrze sprawiało wrażenie przytulnego – jak schronienie, które trwało tu od dawna i zamierzało trwać nadal.

Po chwili zdali sobie sprawę, że wszyscy obecni w środku byli krasnoludami i gnomami. Jednak nie takimi, jakich znali z powierzchni. Byli to duergarowie i głębinowe gnomy – ich skóra miała chłodne, przygaszone odcienie, spojrzenia były czujne, a postawa napięta, jakby zawsze gotowi byli sięgnąć po broń.

Felix ruszył pierwszy, prowadząc drużynę ku ladzie.

– Witajcie. Witajcie… w przyczółku przy lesie. W czym mogę pomóc – odezwała się karczmarka, jej głos był niski, równy.

Ambraxas poprosił o ciepły napitek dla swoich towarzyszy. Krasnoludzica odwróciła się, a bohaterowie dostrzegli coś, czego nie spodziewaliby się w takiej wiosce. Oprzyrządowanie karczmy było wykonane starannie z kamienia, z zaawansowanym systemem miedzianych rur połączonych ze sobą i znikających w podłodze. Całość wyglądała jak precyzyjna, niemal inżynieryjna konstrukcja.

Gdy karczmarka przekręciła kurkek z jednej z rurek popłynął bursztynowy płyn.

Hilda natychmiast wyczuła zapach – głęboki, słodowy, z nutą czegoś korzennego. Jej oczy rozbłysły. Wdrapała się na krzesełko i zasiadła przy ladzie z wyraźnym zadowoleniem.

Karczmarka podała im kufle, po czym oparła dłonie o blat i spojrzała na nich badawczo.

– Nie mamy tutaj dużo przybyszy. Czego tu szukacie?

Ambraxas wraz z Felixem wyjaśnili, że wybierają się za Kręgosłup Świata.

– Za kręgosłup świata? A co wy chcecie na tym lodowym pustkowiu? – zapytała z wyraźnym zdziwieniem.

– Słyszeliśmy kilka historii, chcemy sprawdzić, czy mówili prawdę – odpowiedział Ambraxas spokojnie.

– Aaa… Poszukiwacze przygód.

W momencie gdy to powiedziała, drakon zauważył, że na ułamek sekundy posłała spojrzenie w prawo. Krótkie, niemal niezauważalne.

Ambraxas obrócił głowę tak, by nie zwracać na siebie uwagi, że podąża za jej wzrokiem. Przy jednym ze stolików siedział uzbrojony duergar. Teraz tylko gładził swoją węglową brodę, lecz jego postura zdradzała gotowość. Paladyn od razu rozpoznał jego pancerz – nie był wykonany z byle jakiej stal. Była to zbroja wykonana z adamantytu, ciemna, matowa, pochłaniająca światło. Przy pasie miał przypięte dwa topory. Wyglądał na takiego, który nie nosi broni dla ozdoby.

Ambraxas przeniósł wzrok z powrotem na karczmarkę.

– Dlaczego wymieniasz potajemne spojrzenia, a może raczej sygnały, ze strażnikiem w tamtym rogu.

Wyraz jej twarzy zmienił się niemal natychmiast. Zniknęła neutralność, pojawiła się surowość.

– To nie strażnik. To mój stary.

Po krótkiej chwili ciszy karczmarka dodała, mierząc ich uważnym spojrzeniem:

– Jesteście poszukiwaczami przygód. Czy wasze usługi może są do wynajęcia?

– Wszystko zależy, jakie usługi – odpowiedział Ambraxas spokojnie.

Krasnoludzica oparła dłonie o blat, jakby ważyła słowa.

– Jak pewnie się domyślacie, na powierzchni nie ma za dużo nas… duergarów.

Drakon nie krył zdziwienia. Przyznał, że nie tylko nie spodziewał się spotkać przedstawicieli jej rasy tak daleko od podziemnych miast, ale też nigdy nie słyszał o wiosce zamieszkałej przez duergarów, zwłaszcza że kraina jego miasta była niedalekim sąsiadem.

Karczmarka pochyliła się nieco bliżej i ściszyła głos. Ambraxas instynktownie nachylił się ku niej, by nie uronić ani słowa.

– Przybyliśmy tutaj… bo pod tą wioską znajduje się prastara kuźnia, która wiele, wiele stuleci temu wykuwała potężne zbroje. Chcieliśmy ją reaktywować… mechanizm, który topi kruszec, nazywany jest kuźnią smoczej duszy. Potężni magowie starych czasów zaklęli duszę smoka, żeby żywym smoczym ogniem roztapiać kruszec, zaklinając go przy tym magicznymi smoczymi mocami, ale pięć lat temu coś spaczyło tę duszę. Próbowaliśmy używać kuźni, ale za każdym razem robiła się mniej stabilna.

– Pięć lat temu, powiadasz… Vartrax – odpowiedział zdecydowanie drakon, a w jego oczach pojawił się cień zrozumienia.

– Ona zaczęła przyciągać jakieś plugawe istoty. Musieliśmy ją zamknąć – dodała krasnoludzica, a jej głos stwardniał.

Ambraxas przez moment milczał, rozważając wagę jej słów.

– Bylibyśmy bardzo zainteresowani pomocą, ale podejrzewam, że moi towarzysze nie będą chcieli tego zrobić za darmo. Co byśmy z tego mieli? – zapytał w końcu.

Karczmarka zapytała o jego miasto. Ambraxas opowiedział jej o Bractwie Złotej Włóczni i Wilczych Łęgach , o których, jak się okazało, już wcześniej słyszała. W jej spojrzeniu pojawił się błysk zainteresowania.

– Moglibyśmy sprzedawać nasze wyroby właśnie w Wilczych Łęgach. Ze znaczną zniżką dla Bractwa.

Drakon zamyślił się. Przez jego myśl przemknęła twarz Buridana. Wiedział, że ten nie pała miłością do duergarów, lecz równie dobrze wiedział, jak bardzo cenił złoto i wszystko, co przynosiło zysk.

Ambraxas spojrzał na siedzących obok towarzyszy.

– Co o tym myślicie?

Bao odpowiedział bez chwili wahania:

– Decyduj, co chcesz. Dobrze wiesz, że i tak ci pomogę.

Paladyn uśmiechnął się lekko.

– Zdążymy przed świtem?

Następnie dopytał karczmarkę o więcej szczegółów – jak daleko znajduje się kopalnia, jak do niej dotrzeć, co dokładnie widziano ostatnim razem. Krasnoludzica zdradziła im jej lokalizację i opisała zejście prowadzące pod wioskę.

Ambraxas uważnie przyglądał się jej zachowaniu. Nie dostrzegał w niej fałszu ani oznak manipulacji. Wyglądała na szczerą, a jej głos, choć surowy, nie drżał.

– No dobra. Spróbujemy wam pomóc – powiedział w końcu.

Wyciągnął dłoń ponad ladą. Krasnoludzica uścisnęła ją mocno, a w jej uścisku było więcej determinacji niż wdzięczności.

– Bridget Westwell – przedstawiła się w końcu, jakby dopiero teraz uznała, że zasłużyli na jej imię.

Felix zapytał o coś do jedzenia. Bridget bez wahania zaproponowała sarninę, a nawet mięso z niedźwiedzia. Po chwili na ladzie wylądowały talerze z pieczonym mięsem – soczystym, dobrze doprawionym, pachnącym dymem i leśnymi ziołami. Ciepło posiłku rozlało się po ich ciałach, łagodząc zmęczenie całego dnia.

– Ryl zaprowadzi was na miejsce szybu górniczego – oznajmiła Bridget, wskazując na niewysoką postać siedzącą nieopodal. – Do starej kopalni.

Po chwili przedstawiła im gnoma głębinowego. Ryl był bogato odziany, jego strój zdradzał zamiłowanie do detali i wysokiej jakości materiałów. Na nosie nosił okulary, których szkła odbijały światło ognia. W jego ruchach było coś skrupulatnego, a spojrzenie zdradzało umysł przyzwyczajony do analizowania struktur skał i metali.

Wyruszyli niedługo potem. Powietrze na zewnątrz było już chłodne, noc zapadała powoli, a nad wioską wisiała cisza przerywana jedynie odgłosami odległego lasu. W trakcie drogi Ryl odezwał się, wyciągając z torby dwa przedmioty.

– Mam tutaj dla was dwa przedmioty. Jest bardzo ważne, jak zejdziecie, żeby uspokoić duszę w piecu. Musicie umieścić te dwa klejnoty w smoczych oczach. Ale jest kilka rzeczy, które musicie zrobić najpierw. Musicie uruchomić miechy, a potem wrzucić węgiel do pieca, zanim go uruchomicie. Inaczej nie będzie chłodzenia i ogień rozniesie się po całej kuźni.

Bao spojrzał na niego uważnie.

– Dlaczego potrzebujecie poszukiwaczy przygód do tego zadania? I co na nas tam czeka?

Ryl westchnął cicho.

– Kuźnię zaczęły nachodzić jakieś nekrotyczne poczwary. Nie wiemy skąd dokładnie się biorą, ale pojawiły się po tym, jak dusza została spaczona. Znaleźliśmy tę kuźnię, wędrując Podmrokiem. To była… niezwykła chwila.

Gdy zapytano go o podziemną trasę prowadzącą na drugą stronę pasma górskiego, potwierdził, że takie ścieżki istnieją.

– Są przejścia, owszem. Ale nie nazwałbym ich łatwiejszymi ani szybszymi.

Ostrzegł ich również, że nie wszystkie mechanizmy w kopalni zostały przez nich odkryte.

Drużyna zapewniła go jednak, że Hilda zna się na ukrytych pułapkach i jeśli coś znajdzie, oznaczy to dla nich. Ryl wyraźnie się ożywił.

– To wspaniała wiadomość! – wyraził swój entuzjazm bez cienia udawania.

Bao przyjął klejnoty i starannie schował je w swoim ekwipunku.

Wkrótce dotarli do krasnoludzkiego obozu rozbitego przed wejściem do kopalni. Kilka solidnych namiotów stało na ubitej ziemi, a przy zapieczętowanym wejściu czuwało dwóch duergarów. Gdy tylko dostrzegli sylwetki zbliżających się postaci między namiotami, unieśli broń, topory gotowe do walki. Po chwili jednak z cienia wyłonił się Ryl. Strażnicy opuścili broń, witając go i pytając, kogo przyprowadził.

Gnom przedstawił im poszukiwaczy przygód. Strażnicy wymienili spojrzenia, po czym jeden z nich przyznał z wyraźnym zakłopotaniem, że zgubił klucz i nie są w stanie otworzyć wrót kopalni.

Ambraxas nie zawahał się ani chwili.

– Poradzimy sobie bez klucza.

Wyciągnął zza pasa kościany klucz i przyłożył go do dziurki we wrotach. Poczuł lekkie wibracje – jakby sam przedmiot dostosowywał się do kształtu zamka. Drakon wsunął go do środka i przekręcił. Mechanizm zgrzytnął głęboko w kamieniu, po czym z ciężkim, dudniącym echem wrota zaczęły się otwierać.

Ryl i strażnicy patrzyli w niemym zdumieniu, gdy wejście do krasnoludzkiej kuźni stanęło przed nimi otworem, a z wnętrza buchnęło chłodne, stare powietrze podziemi.

Gdy tylko ciężkie skrzydła wrót rozsunęły się na boki, Ambraxasa uderzył w twarz odór nekrotycznej magii – gęsty, duszący, jak zgnilizna zmieszana z zimnym popiołem. Drakon zmarszczył nozdrza, wziął głęboki wdech skażonego powietrza, po czym splunął na kamień. Kwas spadł na ziemię i natychmiast zaczął wyżerać skałę, sycząc i dymiąc.

– Coś tam na pewno jest – stwierdził twardo.

Bao zwrócił się do strażników, chcąc wiedzieć więcej o tym, co wydarzyło się w kopalni. Duergarowie wymienili niespokojne spojrzenia. Wspomnieli o chmurze, która pojawiła się znikąd – gęstej, ciemnej mgle, która wdarła się do korytarzy i zamieniła część z nich w zombie. Towarzyszyć jej miała zakapturzona postać, śmiejąca się, gdy krasnoludy w panice rzucały się do ucieczki. Próbowali jeszcze kilka razy w ciągu pięciu lat schodzić na dół, lecz ten, kto odważył się zejść, nie powrócił.

Drużyna szybko ustaliła wstępną taktykę na wypadek ataku nekrotycznych sił. Każdy znał swoją rolę, każdy wiedział, gdzie stanąć i jak reagować. Potem wkroczyli do wnętrza. Wrota zamknęły się za nimi z ciężkim łoskotem, odcinając ich od świata powierzchni.

Schodzili kilkanaście metrów w dół kamiennym korytarzem, aż dotarli do platformy windy. Mechanizm przypominał dźwig – masywną konstrukcję z linami i kołami zębatymi, z zawieszoną platformą z grubych, choć nadgryzionych zębem czasu desek. Weszli na nią ostrożnie. Ambraxas pociągnął za dźwignię zwalniającą mechanizm.

Winda zazgrzytała przeciągle i zaczęła powoli zjeżdżać w głąb ziemi.

Nie była to przyjemna podróż. Platforma trzeszczała pod ich ciężarem, chwiała się niepokojąco. W niektórych miejscach brakowało desek, przez które widać było czarną czeluść pod nimi. Na drewnie widoczne były ślady podpaleń, cięć bronią, a nawet wbite bełty. Winda musiała być wykorzystywana kilkukrotnie do desperackich ucieczek.

Zjeżdżali znacznie dłużej, niż się spodziewali. Kuźnia znajdowała się głęboko – prawdopodobnie już w samym Podmroku. Podróż trwała około piętnastu minut, a każdy zgrzyt mechanizmu odbijał się echem w pustce.

W końcu dotarli do niewielkiego pomieszczenia będącego platformą wejściową. Przed nimi stały ciężkie drzwi.

Ambraxas skupił zmysły. Wyczuł źródło spaczenia – gdzieś na wprost, głęboko w strukturze kuźni, pulsujące niczym chora rana.

Drakon otworzył drzwi.

Spodziewali się ciemności, lecz kuźnia była oświetlona. W ziemi znajdowały się otwory zakryte kratami, z których biło pomarańczowe światło. Przypominały im wulkan, który niedawno eksplorowali – gdzieś głęboko pod nimi musiała płynąć magma, wykorzystywana do ogrzewania i oświetlania tej pradawnej konstrukcji.

Wchodząc głębiej, zobaczyli stoły zawalone narzędziami jubilerskimi – precyzyjne młotki, pilniki, szczypce, dłuta. Między nimi leżały liczne klejnoty, niektóre oszlifowane, inne wciąż surowe. Na pierwszy rzut oka nie było tu żadnego bezpośredniego zagrożenia.

Hilda weszła jako pierwsza, poruszając się cicho i czujnie. Jej wzrok sunął po podłodze, ścianach i suficie, wypatrując najmniejszej oznaki pułapki.

– Póki co wygląda, że jest tu bezpiecznie.

Zdecydowali się zejść szybem górniczym głębiej, w mrok kopalni. Tam nie było już żadnego światła, lecz dzięki zdolności widzenia w ciemności poruszali się sprawnie, dostrzegając kontury skał, drewniane podpory i nierówności tuneli w odcieniach szarości. Powietrze było chłodne i ciężkie, niosło ze sobą zapach wilgotnej ziemi oraz coś jeszcze – ledwo wyczuwalną nutę rozkładu.

Na czele szła Hilda. Stawiała kroki ostrożnie, badając podłoże, ściany i sklepienie, wypatrując potencjalnych pułapek. Jej ruchy były płynne i pewne. Reszta podążała za nią w zwartej formacji.

Skręcili w korytarz po prawej. Po kilkudziesięciu metrach natrafili na wózek górniczy stojący na torach. Wypełniony był jednak rudą żelaza, nie węglem. Metaliczne bryły połyskiwały matowo w ciemności.

Ruszyli dalej. Idącemu na końcu Felixowi wydawało się, że dostrzegł ruch w jednej z odnóg tunelu – krótki, niepewny cień, który zniknął, zanim zdążył skupić na nim wzrok. Bao natychmiast przesunął się na koniec szeregu, czujny, gotów do reakcji.

Ambraxas spojrzał na Hildę.

– Wyczuwasz nieumarłych?

Hobbitka zatrzymała się na moment i zamknęła oczy, skupiła swe pierwotne zmysły. Gdy je otworzyła, jej twarz była poważna.

Potwierdziła obawy paladyna.

Tunel zakręcił w lewo. Przy kolejnej odnodze Bao dostrzegł ruch po boku – tym razem wyraźniejszy. Nie zwlekał ani chwili. Rzucił się w tamtym kierunku.

– Pokaż się, gnido.

Gdy tylko wybiegł zza rogu, w jego stronę ruszył nieumarły. Ciało stworzenia było zesztywniałe, poruszało się nienaturalnie, a jego oczy świeciły pustką.

Mnich wszedł w zwarcie bez wahania. Jego ruchy były szybkie i precyzyjne. Pierwszym ciosem uderzył w bark przeciwnika. Rozległ się suchy trzask – obojczyk pękł, a nieumarły zachwiał się. Bao nie dał mu chwili na reakcję. Drugi cios był krótki i brutalny. Struktura ciała przeciwnika rozpadła się pod siłą uderzenia, a nieumarły rozsypał się na kawałki, opadając bezwładnie na ziemię.

Mnich wrócił do drużyny.

– Krążą dookoła. Widziałem tylko jednego i go unicestwiłem – ostrzegł spokojnie.

Ambraxas przeszedł na przód, osłaniając Hildę swoim ciałem. Dalej podążali przed siebie, w głąb tuneli. Przy kolejnym zakręcie natrafili na trzy worki leżące na ziemi. Hilda przykucnęła i natychmiast rozpoznała zawartość.

– Grzyby głębinowe.

Bez wahania schowała je do torby bez dna Ambraxasa.

Po kilkuset metrach marszu wyszli na prosty odcinek, gdzie stał wagonik pełen węgla. Czarne bryły były dokładnie tym, czego potrzebowali do uruchomienia kuźni.

Ambraxas wraz z Bao zaczęli szybko ładować węgiel do torby bez dna. Pracowali sprawnie i w krótkim czasie opróżnili cały wagonik. Dzięki temu uniknęli mozolnego pchania go po torach przez mroczne tunele.

Zawrócili w stronę kuźni. Mimo napięcia i czujności udało im się przedrzeć przez kopalnię bez dalszych problemów. Tunel pozostał cichy, jakby to, co czaiło się w mroku, na razie postanowiło obserwować.

Ambraxas bez zwłoki ruszył do miechów. Najpierw podszedł do ogromnego koła wodnego i zwolnił dźwignię blokującą mechanizm. Koło jednak nie drgnęło. Drakon zmarszczył brwi i zajrzał w nurt przepływającej pod nim wody. Coś blokowało obrót. Spojrzał w dół i dostrzegł przyczynę – zwykły głaz zaklinowany między łopatkami konstrukcji. Bez większego wysiłku odsunął skałę. Woda natychmiast ruszyła z większą siłą, koło zaskrzypiało i zaczęło się obracać.

Kolejną dźwignią zwolnił blokadę miechów. Mechanizm zadrżał, a potężne płaty skóry zaczęły pompować powietrze w stronę pieca. Głęboki, rytmiczny oddech kuźni rozbrzmiał w komnacie.

Następnie Ambraxas sięgnął do torby bez dna i wysypał węgiel do podajnika przy piecu. Czarne bryły zniknęły w czeluści paleniska.

Bao w tym czasie wspiął się na kamienną smoczą głowę. Wyciągnął jeden z klejnotów i wcisnął go w oczodół posągu.

W jednej chwili eksplozja mocy rozdarła powietrze. Fala energii uderzyła w mnicha i odrzuciła go na drugi koniec pomieszczenia. Uderzył o kamienną posadzkę, wciąż trzymając kryształ w dłoni.

Podniósł się, zacisnął zęby i ponownie wspiął się na głowę smoka. Tym razem nie zwlekał. Wcisnął oba klejnoty jednocześnie w puste oczodoły.

Kamienie osadziły się na miejscu i zaczęły delikatnie drgać, pulsując światłem. Bao odskoczył na bok. Miał wrażenie, że cała statua zaczyna się budzić – jakby kamienne łuski napinały się, a w jej wnętrzu coś próbowało zaczerpnąć pierwszy oddech.

W tym momencie do głównej sali kuźni weszła kobieta drow.

Jej sylwetka była smukła, ruchy pewne. Spojrzała na drużynę z chłodnym zainteresowaniem.

– Widzę, że te przeklęte duergary znalazły sobie kogoś, kto zejdzie tutaj na dół.

– Czemu przeklęte? – zapytał Ambraxas, nie odrywając od niej wzroku.

Na twarzy mrocznej elfki pojawił się cień wyższości.

– Duergary to po prostu zbuntowani słudzy. Ta kopalnia należy do mnie. Czego tu szukacie?

– Na papierach nie widnieje twoje imię – odparł spokojnie drakon.

– Ta kuźnia jest dziedzictwem mojego ludu. Powiem tylko raz. Opuśćcie to miejsce.

– Niby czyimi sługami są duergary? Nienawidzę niewolnictwa.

Drowka spojrzała na niego chłodno.

– To nie jest niewolnictwo… to jedyny cel ich istnienia.

– O mnie też tak mówiono, a okazało się całkiem inaczej. Twoja kuźnia jest spaczona, dlaczego? – dopytywał dalej paladyn.

– A dlaczego mam odpowiadać na wasze pytania?

– Dlatego, że to spaczenie Vartraxa. To my go zabiliśmy i wyczyścimy każde miejsce z pozostałości po jego mocy – ciągnął Ambraxas stanowczo.

Bao stanął obok niego, wbijając spojrzenie w mroczną elfkę.

– Więc jeśli masz z nim coś wspólnego, to szykuj się na śmierć.

Mnich zaszarżował w stronę drowki, skracając dystans z błyskawiczną prędkością. W tej samej chwili z nieznanego kierunku wystrzelił promień energii, przecinając powietrze ostrą smugą światła. Bao skręcił ciało w ostatnim momencie. Wiązka minęła go o włos i uderzyła w kamienną posadzkę, rozrywając ją i pozostawiając dymiący ślad.

Mnich nie zatrzymał się ani na moment. Kontynuował natarcie.

Widząc pędzącego mnicha, Ambraxas natychmiast sięgnął po magię. W jednej chwili przyspieszył własne ruchy i reakcje, a jego ciało napięło się jak sprężyna gotowa do uderzenia. Zamachnął się i rzucił Włócznią Zemsty w stronę drowki. Ostrze przecięło powietrze z ostrym świstem, lecz minęło cel.

Nie tracąc ani chwili, zmaterializował kolejną włócznię i posłał drugi rzut. Ten również minął ją o włos, wbijając się z głuchym trzaskiem w kamienną ścianę za jej plecami.

Felix nie czekał na zaproszenie do walki. Uniósł symbol swojej wiary, a wokół niego rozlała się aura — spokojna, ochronna poświata przypominająca chłodne światło księżyca. Energia objęła jego sojuszników, wzmacniając ich i otulając subtelną ochroną.

W następnej chwili kapłan przyzwał duchową broń. Młot bojowy zmaterializował się tuż obok drowki i bez zwłoki uderzył. Cios spadł z głuchym hukiem. Uderzenie rozerwało jej poszarpane szaty, odsłaniając pod nimi ciężką, ciemną zbroję wykonaną z adamantytu.

Nad polem bitwy krążył Soren. Latając wysoko nad nimi, pobłogosławił swoich towarzyszy, a jego magia rozlała się nad kuźnią niczym niewidzialny wiatr niosący otuchę i siłę.

Bao Bei był coraz bliżej przeciwniczki. Drowka spojrzała na niego z aroganckim uśmiechem i to ona przejęła inicjatywę.

Uniósła dłoń. Wokół jej palców natychmiast zagęściła się mroczna energia. W jednej chwili osiem wiązek magicznej mocy wystrzeliło z jej dłoni, przecinając powietrze syczącym dźwiękiem. Mnich próbował manewrować między nimi, lecz sześć promieni dosięgło go niemal jednocześnie. Uderzenia były brutalne i potężne, odrzucając go w tył. Dwa pociski minęły cel i rozbiły się o kamienne ściany za jego plecami, pozostawiając czarne, dymiące ślady.

W tym samym czasie bohaterowie dostrzegli coś jeszcze. Przy suficie, w jednym z rogów komnaty, zaczęła gromadzić się energia magiczna. Powietrze w tamtym miejscu zadrżało, a światło zagęściło się w wirującą kulę mocy.

Po chwili z wiru wystrzelił strumień energii, który uderzył w drowkę i oplotł ją błękitno-srebrną poświatą. Jej ruchy natychmiast stały się nienaturalnie szybkie i płynne. Magia przyspieszyła ją — dokładnie tak samo, jak wcześniej Ambraxasa.

Mroczna elfka odwróciła się i bez słowa ruszyła biegiem, wybiegając z pomieszczenia w stronę szybu z windą.

Bao ruszył za nią natychmiast, przebiegając przez główne wrota kuźni. W tej samej chwili kolejny promień energii wystrzelił z sufitu, zmierzając w jego stronę. Gdy tylko drowka znalazła się w jego zasięgu wzroku, mnich uniósł rękę i wystrzelił czterokrotnie z obsydianowego karwasza.

Bełty przecięły powietrze szybkim, ostrym świstem. Drowka jednak poruszała się z nienaturalną prędkością. Trzy pociski minęły ją o włos, wbijając się w kamienne ściany. Tylko jeden trafił w cel.

Hilda zniknęła w błysku baśniowej energii. Przestrzeń zadrżała, a ona sama przeniosła się do pierwszej komnaty lekkim, niemal nierealnym krokiem. Uniosła Łuk Zemsty Hoara i napięła cięciwę.

Pierwsza strzała pomknęła przez powietrze z ostrym świstem. Pocisk przebił ramię drowki, rozrywając materiał szaty i ciało pod nim. Mroczna elfka syknęła z bólu, gdy grot przebił się przez mięśnie.

Druga strzała poleciała chwilę później. Rozcięła jej policzek i zmusiła ją do cofnięcia się pod siłą uderzenia.

Nieświadoma nowego zagrożenia Hilda poczuła nagle zimny ból w plecach. Ostrze zatopiło się w jej ciele.

Za jej plecami pojawił się drider — potworna istota, pół drow, pół pająk. Jego chitynowe odnóża poruszały się bezgłośnie po kamieniu, a humanoidalna część ciała pochylała się nad ofiarą z bezlitosną precyzją.

Dwa szybkie pchnięcia sztyletem wystarczyły. Ostrze przebiło ciało łowczyni, a Hilda runęła na ziemię. Krew zaczęła rozlewać się po kamiennej posadzce.

Ambraxas w tym samym czasie rozwarł przestrzeń przed sobą. Powietrze pękło jak rozcinana tkanina, a drzwi między wymiarami rozsunęły się niczym cień. W następnym ułamku sekundy paladyn pojawił się przy wejściu do krasnoludzkiej windy, twarzą w twarz z drowką.

Bez wahania wyprowadził pierwszy cios włócznią. Przeciwniczka uchyliła się jednak z nienaturalną szybkością. Drugi atak spadł natychmiast po nim. Ostrze trafiło, a w chwili kontaktu z jej pancerzem rozbłysło światłem. Boska energia przebiła się przez adamantyt, raniąc ją.

Felix ruszył naprzód. Po chwili krokiem przez mgłę zmaterializował się w pierwszym pomieszczeniu, a jego duchowy klon pojawił się obok niego niczym cień.

Kapłan natychmiast spróbował rozproszyć magiczne wzmocnienie drowki. Fala magii uderzyła w nią, lecz mroczna elfka odparła jego starania, utrzymując przyspieszające ją zaklęcie.

Widząc potęgę przeciwniczki, Felix uniósł symbol Selûne. Wokół Ambraxasa pojawiła się delikatna, świetlista osłona. Tarcza Wiary otuliła paladyna, wzmacniając jego obronę i chroniąc go przed kolejnymi ciosami.

W tym samym czasie Soren podleciał do leżącej Hildy. Z jego skrzydeł uwolniła się fala uzdrawiającej energii. Ciepłe światło spłynęło na ciało hobbitki, zamykając rany i przywracając jej część sił.

Łowczyni uniosła się z ziemi i stanęła na nogach, choć wciąż chwiała się po ciosach sztyletu. Wzięła głęboki oddech, walcząc z bólem, zanim ponownie była gotowa do walki.

Drowka dostrzegła, że Hilda znów się podniosła.

Uniósłszy dłoń, wystrzeliła kolejne wiązki magicznej energii. Dwa promienie pomknęły w stronę hobbitki. Uderzyły ją z brutalną siłą, a Hilda ponownie runęła na ziemię.

Pozostałe dwa poleciały w kierunku Felixa. Jeden z nich trafił kapłana prosto w pierś, odrzucając go w tył. Felix uderzył o drzwi prowadzące do kuźni, aż drewno i metal zadrżały pod impetem uderzenia.

Drowka nie zatrzymała się ani na chwilę. Ponownie wyciągnęła dłoń, a wokół jej palców zagęściła się mroczna energia.

W jednej chwili osiem magicznych wiązek wystrzeliło ponownie w stronę Felixa, rozrywając powietrze ostrym sykiem. Promienie uderzały jeden po drugim. Jeden z nich eksplodował szczególnie brutalnie, rozbłyskując potężnym błyskiem mrocznej energii.

Kapłan zachwiał się pod naporem salwy, a kolejne uderzenia wbijały go coraz mocniej w mury kuźni.

Bao wycofał się, by wesprzeć Hildę. Jednym płynnym ruchem doskoczył do dridera, wchodząc w zwarcie, zanim potwór zdążył się wycofać. Jego ciało poruszało się jak w perfekcyjnie wyćwiczonym rytmie. Cios za ciosem spadał z zawrotną szybkością.

Pięści i kopnięcia łamały kolejne pajęcze odnóża. Chitynowe nogi trzaskały jedna po drugiej pod precyzyjnymi uderzeniami. Drider próbował się cofnąć, lecz Bao rozbijał jego obronę bez chwili przerwy. Każdy ruch mnicha był wyliczony, szybki i bezlitosny.

W ostatnich uderzeniach oderwał i zmiażdżył ostatnie z nóg potwora. Drider runął bezradnie na kamienną posadzkę, jego ciało było rozbite i pozbawione życia.

Drowka, widząc swojego sługę powalonego, odskoczyła od Ambraxasa i uciekła do pobliskiego pomieszczenia z warsztatem. Bao natychmiast zmienił pozycję. Wymanewrował w okolice wejścia do pomieszczenia i przywarł do ściany, ukrywając się przed jej wzrokiem.

Mroczna elfka uniosła ramię i zacisnęła pięść.

W tej samej chwili zwłoki dridera eksplodowały. Martwe ciało rozerwało się w gwałtownym wybuchu nekrotycznej energii. Fala uderzeniowa dosięgła leżącej nieopodal Hildy, raniąc ją jeszcze bardziej.

Soren również oberwał od wybuchu. Uderzenie wyrwało go z koncentracji, a błogosławieństwo, którym wspierał towarzyszy, natychmiast zniknęło.

To jednak nie był koniec niespodzianek.

Na pomoc przeciwniczce przybył ogromny pająk, który wpełzł do komnaty. Chwilę później z szybu kopalni zaczęli powoli wyłaniać się nieumarli. Musieli wcześniej ukrywać się w kopalnianych chodnikach, czekając na wezwanie.

Ambraxas nie zamierzał czekać. Przeszedł krokiem przez mgłę w miejsce, do którego uciekła drowka. Gdy tylko pojawił się w pomieszczeniu warsztatu, otworzył paszczę i zalał przestrzeń przed sobą strumieniem żrącego, smoczego kwasu.

Kwas rozlał się po pomieszczeniu, trawiąc wszystko na swojej drodze. Strumień trafił przeciwniczkę, która najwyraźniej ukryła się pod zaklęciem niewidzialności. Na moment jej sylwetka została ujawniona wśród kłębiącej się chmury żrącej cieczy.

Ambraxas przesunął się w bok, by zablokować przejście.

Elfka zareagowała natychmiast.

Kolejne magiczne pociski wystrzeliły w stronę paladyna. Większość wiązek odbiła się rykoszetem od jego pancerza, rozbijając się o ściany pomieszczenia. Trzy jednak dosięgły celu. Uderzenia przebiły się przez obronę, raniąc drakona i wypychając go z pomieszczenia z powrotem do głównej komnaty.

Felix w tym czasie zamienił się miejscem ze swoim duchowym klonem. W jednej chwili jego sylwetka pojawiła się obok Hildy.

Nie tracąc ani chwili, położył dłoń na łowczyni i przyzwał potężną magię uzdrowienia. Jasne, ciepłe światło przepłynęło przez jej ciało, zamykając rany i przywracając siły.

Hilda wzięła głęboki oddech i stanęła pewniej na nogach. Magia przywróciła jej niemal pełnię zdrowia, pozostawiając jedynie drobny ślad wcześniejszych obrażeń.

Kapłan przesunął się tak, aby jego aura objęła wszystkich towarzyszy, gotów wspierać ich w nadchodzącej walce.

Drowka po raz kolejny wystrzeliła salwę magicznych pocisków w stronę Ambraxasa. Tym razem dwie wiązki dosięgły celu, uderzając w paladyna z brutalną siłą i zmuszając go do cofnięcia się o krok.

Soren był jedynym, który potrafił w pełni widzieć przeciwniczkę, ignorując magię niewidzialności. Skrzydlaty towarzysz natychmiast poleciał w jej stronę. Najpierw spróbował ją pochwycić, lecz drowce udało się wyrwać z jego uścisku. Po tej nieudanej próbie wzbił się wyżej i zawisł w powietrzu tuż nad jej głową, utrzymując się nad nią jak znacznik wskazujący jej pozycję.

Drowka uniosła dłonie ku górze. Jej palce rozjarzyły się mroczną energią.

W następnej chwili wystrzeliła serię magicznych pocisków w unoszącego się nad nią Sorrena. Wiązki magicznej mocy pomknęły w górę z ostrym sykiem, przecinając powietrze i rozbłyskując przy uderzeniu, gdy dosięgały lecącego nad polem walki celu.

Wciąż niewidzialna elfka zaczęła się wycofywać. Tym razem ruszyła w stronę kuźni.

– Uciekła z pomieszczenia, jest w głównej komnacie – poinformował Soren.

Hilda usłyszała, jak przebiegła tuż obok niej, choć nie była w stanie jej zobaczyć.

Bao zareagował natychmiast. Ruszył sprintem w stronę kuźni. Gdy wbiegł do pomieszczenia, na jego drodze stanął gigantyczny pająk. Bestia miała ogromny odwłok i długie, chude odnóża rozciągnięte na kamiennej posadzce.

Mnich nie zwolnił ani na krok. Wpadł w zasięg potwora i natychmiast przypuścił serię uderzeń. Precyzyjne ciosy rozbijały chitynowy pancerz i łamały odnóża. Uderzenie za uderzeniem spadało na bestię, aż ta zwinęła się w konwulsji i padła martwa, zanim zdążyła zagrodzić mu drogę.

Bao natychmiast odskoczył od ciała, obawiając się kolejnej eksplozji martwych szczątków.

Hilda ruszyła za nim i zatrzymała się w drzwiach kuźni. Z tej pozycji wyraźnie widziała, jak horda nieumarłych zaczyna wlewać się do pomieszczenia. Ich martwe sylwetki przesuwały się powoli przez mrok kopalnianych tuneli.

Bez wahania napięła cięciwę łuku. Wycelowała i wypuściła strzałę w stronę jednego z nich. Pocisk trafił czysto. Nieumarły zachwiał się i runął na ziemię, zanim zdążył zrobić kolejny krok.

W tym samym momencie do kuźni wleciał rozpędzony gryf Ambraxasa. Skrzydła potężnego stworzenia rozcięły powietrze, gdy wylądował między stołami i piecem.

Drakon rozkazał mu odnaleźć drowkę. Wyczulone zmysły gryfa mogły okazać się przydatne w tropieniu niewidzialnego przeciwnika. Jednak tym razem stworzenie nie sprostało zadaniu i nie zdołało jej odnaleźć.

Więcej nieumarłych wlało się do pomieszczenia i natychmiast rzuciło się na duchową kopię Felixa. Martwe dłonie i zardzewiałe ostrza zaczęły uderzać w eteryczną postać kapłana, która trwała między nimi niczym widmowa straż.

Ambraxas ruszył do lewej komory kuźni. Wiedział, że drowka czai się gdzieś w pobliżu. Jego tarcza zaczęła pulsować nagromadzoną nienawiścią, jakby żyła własnym gniewem. W końcu drakon uderzył pięścią w jej wewnętrzną stronę.

W jednej chwili przed nim eksplodowała fala uderzeniowa.

Potoczyła się przez pomieszczenie jak niewidzialny taran. Stoły, ławy i porozrzucane narzędzia zostały poderwane z ziemi i z ogromną siłą wpadły w nadciągającą falę nieumarłych. Ciała potworów zostały zmiażdżone pod ciężarem mebli i maszyn kowalskich. Deski, belki i stalowe elementy posypały się jak lawina.

Rumowisko natychmiast zatarasowało wejście do szybu górniczego.

Gdy kurz opadł, Ambraxas szybko zorientował się jednak, że drowki nie było w zasięgu uderzenia.

Felix, stojący nieopodal, najpierw usłyszał potężny wybuch. Chwilę później zobaczył, jak szyb windy zaczyna się zawalać, blokując ich drogę ucieczki. Kapłan ruszył naprzód, by wesprzeć towarzyszy, po czym ponownie spróbował rozproszyć magiczną zasłonę przeciwniczki.

Wydawało mu się, że czar zadziałał, lecz w pomieszczeniu wciąż nie było jej widać.

W tej samej chwili drowka pojawiła się w zasięgu wzroku Sorrena. Uniosła dłoń, a wokół jej palców zagęściła się mroczna energia.

Sześć wiązek magii wystrzeliło w górę, przecinając powietrze i dosięgając stworzenia. Latający wąż skulił się z bólu, gdy kolejne uderzenia eksplodowały na jego świetlistej sylwetce. Po ostatnim trafieniu zadrżał i rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy go tam nie było.

Elfka ponownie zniknęła za sprawą swojej mrocznej magii.

Bao doskoczył do pozostałych w pomieszczeniu nieumarłych, wchodząc w sam środek walki. Pierwszego powalił szybkim uderzeniem, które rozbiło martwe ciało o kamienną posadzkę. Nie zatrzymując się ani na chwilę, obrócił się i wyprowadził kolejny cios, który zmiótł drugiego przeciwnika, pozostawiając go nieruchomego na ziemi.

Po chwili użył swojego magicznego pierścienia i również zniknął.

Przemieścił się w stronę pieca stojącego w rogu pomieszczenia. Tam sięgnął po miksturę leczniczą i wypił ją jednym szybkim ruchem.

Z zablokowanego szybu górniczego wciąż dochodziły głuche uderzenia i chrapliwe jęki. Horda nieumarłych napierała od drugiej strony, próbując przebić się przez zwały stołów, belek i gruzu — lecz na razie bezskutecznie.

Nikt nie widział przeciwniczki. Nawet wyczulona na tropienie Hilda nie potrafiła jej odnaleźć. Ambraxas również nie wyczuwał jej obecności.

W tym momencie Bao Bei usłyszał za sobą dźwięk przesuwanej dźwigni. Mechanizm zgrzytnął, a smocza głowa nagle zionęła zielonymi płomieniami.

Ambraxas natychmiast wyczuł spaczoną energię.

Felix ponownie skupił się i wypowiedział słowa rozproszenia magii, kierując moc zaklęcia w przestrzeń przed sobą. Powietrze zadrżało i zafalowało, jakby niewidzialna zasłona została nagle rozerwana.

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była tylko pustka, zabłysło zniekształcone światło.

Sylwetka drowki wyłoniła się z ukrycia, zdradzając swoją prawdziwą pozycję.

Felix uniósł symbol swojej wiary i skierował dłoń w stronę Hildy. Wokół hobbitki rozbłysła delikatna, świetlista aura, która otuliła ją niczym niewidzialna tarcza.

Mroczna elfka spojrzała na nich z wyraźną odrazą.

– Dosyć! – krzyknęła. – Intruzi nie będą tolerowani.

Wyciągnęła spod swojej szaty kryształ i uniosła go wysoko w górę. Kamień zapłonął bladym światłem, a jego blask zdawał się wysysać z niej siły życiowe. Ciało drowki zaczęło się zmieniać, jakby więdło pod wpływem niewidzialnej choroby.

W tej samej chwili dwa promienie, mające swoje źródło w oczach smoczego posągu, połączyły się z kryształem. Energia przepłynęła przez kamień, a po chwili z jego wnętrza wystrzeliły wiązki dezintegrującej mocy.

Promienie pomknęły w kierunku każdego z bohaterów i ich towarzyszy.

Duch Felixa zniknął natychmiast, rozproszony przez potęgę zaklęcia. Tak samo spektralny gryf Ambraxasa rozpadł się w nicości.

Bao i Felix zostali trafieni energią, lecz mimo potężnego uderzenia zdołali utrzymać się na nogach.

Ambraxas zareagował z niezwykłą szybkością. Uniósł tarczę i odbił promień, który rozprysnął się na jej powierzchni niczym światło rozbite o lustro.

Hilda nie miała tyle szczęścia. Wiązka uderzyła ją prosto w klatkę piersiową. Promień jednak nie zdezintegrował jej ciała, lecz zadał potężne obrażenia, rozrywając pod pancerzem. W chwili uderzenia wokół łowczyni na kamiennej posadzce wyrosły jednak kwiaty, układając się w krąg życia. Łowczyni ledwo ustała na nogach.

Wciąż niewidzialny Bao zanurkował w stronę przeciwniczki. Jego klanowa biżuteria rozjarzyła się jasnym blaskiem, jakby obudziła się w niej dawna moc. Energia przepłynęła przez jego ciało, wzmacniając siłę i szybkość jego ruchów.

Pojawił się tuż przy elfce.

Pierwszy cios uderzył w jej podbrzusze, zmuszając ją do zgięcia się z bólu. Bao obrócił się płynnie i wyprowadził kopnięcie. Uderzenie wybiło kryształ z jej dłoni. Kamień wbił się prosto w jej czoło.

Mnich nie zatrzymał się ani na moment. Kolejny, brutalny cios pięścią pchnął kryształ głębiej, wbijając go w głąb jej czaszki.

Drowka zamarła, jej ciało osunęło się bez życia na kamienną posadzkę i w tej samej chwili połączenie między wiązką energii ze smoczych oczu a kryształem zostało zerwane. Zgromadzona moc uwolniła się nagle w potężnej eksplozji.

Fala magii rozerwała ciało drowki na strzępy, a wybuch rozlał się po całej komnacie. Uderzenie powaliło Hildę na ziemię, a jednocześnie zmiażdżyło nieumarłych napierających od strony szybu górniczego.

Ich napór zakończył się w jednej chwili.

Gdy kurz i iskry zaczęły opadać, Felix natychmiast podbiegł do hobbitki. Kapłan ukląkł przy niej i przyłożył dłonie do jej ciała, przywołując uzdrawiającą magię. Ciepłe światło popłynęło przez jej ciało zamykając najgorsze rany.

Po chwili Hilda gwałtownie zaczerpnęła powietrza, wracając do świata żywych.

Bao odwrócił się w stronę smoczego łba. Płomienie, które jeszcze przed chwilą były skażone i nienaturalne, zaczęły powoli zmieniać barwę. Zielonkawy blask gasł, ustępując czystemu ogniowi.

Ambraxas natychmiast poczuł zmianę. Spaczenie zaczęło znikać.

Felix przeszedł się po pomieszczeniu, zbierając kryształy walające się po całej kuźni — pozostałości po potężnej eksplozji i po mrocznej magii, która jeszcze niedawno wypełniała to miejsce.

Bao podszedł do mechanizmu pieca i pociągnął za dźwignię, uruchamiając go ponownie. Smocza głowa zionęła ogniem raz jeszcze, lecz tym razem był to prawdziwy, naturalny smoczy ogień. Płomienie rozbłysły mocniej, rozpalając palenisko i przywracając kuźni jej dawną funkcję.

Później mnich podszedł do szczątków drowki. Przeszukując je, znalazł pierścień. Na jego powierzchni wyryty był symbol — kształt przypominający element mechanizmu lub klucz pasujący do jakiegoś zamka. Bao przyjrzał mu się uważnie, po czym schował go do torby.

Podejrzewał, że to właśnie ten przedmiot był kluczem do przejścia, którym drowka dostała się do kuźni.

Natychmiast zaczął szukać ukrytych drzwi.

W międzyczasie sprawdzili szyb windy. Był całkowicie zawalony. Zniszczone belki, kamienie i metalowe fragmenty konstrukcji wypełniały całą przestrzeń. Nie było żadnej możliwości powrotu na powierzchnię tą samą drogą.

Ich jedyną szansą było odnalezienie tajnego przejścia i ruszenie przez Podmrok- Ryl wspominał wcześniej o podziemnej drodze prowadzącej na drugą stronę gór.

Ambraxas w końcu coś znalazł.

Biurko Bridget skrywało mechanizm. W jego powierzchni wyżłobione było zagłębienie o kształcie idealnie pasującym do symbolu na pierścieniu.

Bao podszedł i przyłożył pierścień do wyżłobienia.

W tej samej chwili biurko z ciężkim zgrzytem przesunęło się na bok, odsłaniając ukryte przejście. Pod nim znajdował się sześciokątny kanał z drabiną prowadząca w dół, w głąb ziemi.

Spojrzeli w ciemność Podmroku.

Postanowili jednak najpierw odpocząć. Ciepło działającej kuźni było bezpiecznym schronieniem, a ich ciała wciąż odczuwały skutki walki.

Ambraxas odłożył wcześniej zebrane dokumenty na biurku Bridget, pozostawiając je tam, gdzie je znaleźli.

Potem wszyscy ułożyli się do odpoczynku, pozwalając ciałom odzyskać siły przed dalszą drogą.

Wiedzieli, że w Podmroku może czekać na nich jeszcze wiele niebezpieczeństw.