Hilda schodziła po zboczu wulkanu krótko po jego erupcji. Kamień pod jej stopami wciąż parzył, czarny bazalt oddawał ciepło jak żarzące się węgle, a z każdym kolejnym krokiem w dół powietrze gęstniało od zapachu siarki, spalonej krwi i starej magii, która uparcie nie chciała opuścić tego miejsca. Za jej plecami wulkan milknął, lecz nie zasypiał — z jego wnętrza dobiegał niski, głuchy pomruk, przypominający oddech ogromnego stworzenia, rannego, ale wciąż żywego. Dopiero niżej, tam gdzie lita skała przechodziła w niestabilne rumowisko, mogła w końcu zaczerpnąć oddechu. Lawa przestała ją ścigać i zaczęła powoli zastygać. W oddali dostrzegła ruiny, do których zapewne skierowała się reszta drużyny.
W tym samym czasie, po drugiej stronie zbocza, ze szczeliny, przez którą wydostali się jej towarzysze, buchnął gęsty kłąb popiołu. Lawa, która jeszcze przed chwilą goniła ich po wnętrzu góry, zaczęła twardnieć, zasklepiając wejście i pieczętując wszystko, co pozostało w środku wulkanu. Drakon rozejrzał się po drużynie i dopiero wtedy dostrzegł brak hobbitki.
— Gdzie jest Hilda?! — wyrwało mu się ostro.
— Ona pobiegła chyba inną drogą. — odpowiedział Bao.
— Widziałem, jak wbiegała po ścianie w górę wulkanu. — dodał Felix.
Drakon podniósł wzrok. Zobaczył, jak z krateru wypływa lawa, spływając ciężkimi jęzorami po zboczach góry. Widok ten wstrząsnął nim do głębi — spodziewał się najgorszego. Felix, z trudem łapiąc oddech w zadymionym powietrzu, powiedział: „Musimy ją znaleźć i się przegrupować.” Dym dławił płuca, a wiatr przybrał na sile, niosąc ze sobą pył wulkaniczny, który osiadał na zbrojach, szatach i odkrytej skórze.
Ambraxas nie wiedział, co myśleć. Nie wiedział, czy hobbitka jeszcze żyje, lecz mimo to postanowił spróbować ją odnaleźć przy pomocy magii. Felix dołączył do jego rytuału, by wzmocnić zasięg czaru. Nakreślił symbole w popiele, a po krótkiej chwili magia wystrzeliła z ich dłoni, rozchodząc się niewidzialną falą po zboczu wulkanu. Bao obserwował ich w milczeniu, gdy obaj skupiali się na rytuale odnalezienia.
Zaklęcie przyniosło odpowiedź — Hilda znajdowała się niecały kilometr od nich i poruszała się w ich kierunku. Ograniczona widoczność sprawiała jednak, że nie byli w stanie jej dostrzec, tak samo jak ona nie mogła zobaczyć ich. Drakon postanowił dać jej znak. W jego dłoni zmaterializowała się włócznia, którą cisnął wysoko w powietrze; niemal natychmiast w jego ręce pojawiła się kolejna. Gdy wyrzucona włócznia osiągnęła maksymalną wysokość, paladyn uderzył kopią drugiej o ziemię. Włócznia eksplodowała w powietrzu boską energią, rozświetlając niebo ponad wulkanem.
Hilda zauważyła wybuch i rozpoznała znak. Bez wahania obrała kierunek na miejsce, z którego pochodził blask. Nie minęło wiele czasu, gdy z pęknięcia w skalnym murze wyłoniła się sylwetka łowczyni. Ambraxas natychmiast do niej podbiegł, przyklęknął i położył dłoń na jej ramieniu, uwalniając leczniczą energię, która zamknęła rany hobbitki. Hilda wzięła głęboki, drżący oddech.
Udało się wam dotrzeć… w całości. Cieszę się, że was widzę. — powiedziała, po czym usiadła ciężko na jednym z kamieni, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia po ucieczce ze zbocza wulkanu.
Ambraxas obawiał się, że wulkan może ponownie wybuchnąć, lecz Hilda szybko uświadomiła go, że największe zagrożenie mają już za sobą. Erupcja dobiegła końca, a jedynym realnym niebezpieczeństwem pozostawała sącząca się z krateru lawa oraz pył wulkaniczny, unoszący się ciężko w powietrzu. Felix zaproponował, by natychmiast przenieść się do Wilczych Łęgów, jednak Ambraxas stanowczo się sprzeciwił. Nalegał, aby kapłan najpierw wywiązał się z umowy zawartej z diabłem, zanim opuszczą te ziemie na dobre.
Opuścili więc ruiny i ruszyli w stronę Phandalin. Nawigacja w zamieci wulkanicznego pyłu była trudna, widoczność momentami niemal zanikała, a wiatr niósł drobny popiół, który wciskał się w oczy i płuca. Po raz kolejny jednak umiejętności Hildy okazały się nieocenione — to ona prowadziła drużynę, wyczuwając bezpieczniejszą drogę i omijając zdradliwe uskoki terenu. Gdy tylko wyszli zza wzgórza, wiatr wyraźnie osłabł, a widoczność znacznie się poprawiła.
Dotarli do miejsca, w którym wcześniej znaleźli ciało wiwerny. Teraz jednak nie było po nim śladu. Być może przykrył je opadły popiół, a być może coś znacznie większego zdążyło je pożreć. Hilda skupiła się, wsłuchując w otoczenie i wyostrzając swoje zmysły — nie wyczuwała w pobliżu żadnych smoków. Chwilę później wytężyła swoje pierwotne zmysły jeszcze bardziej. Tym razem poczuła coś innego. Nieumarłą istotę. Znajdowała się nie dalej niż półtorej kilometra od nich, blisko szczytu wzgórza, obok którego właśnie się znajdowali.
— To zły znak — powiedziała cicho.
Wciąż zmęczeni po walce ze smokiem, ruszyli dalej, chcąc oddalić się jak najdalej od wulkanu, zanim zapadnie zmrok. Gdy noc zaczęła się zbliżać, znaleźli się w okolicach kamiennego kręgu, który mijali wcześniej, idąc w stronę góry. Felix ukląkł w miejscu, gdzie reszta drużyny zaczęła rozbijać obóz. Kapłan wypowiedział słowa zaklęcia, a wokół obozowiska zaczęła formować się kopuła z księżycowego światła. Magiczna osłona tłumiła wiatr, odcinała ich od opadającego pyłu wulkanicznego, a przede wszystkim chroniła przed niespodziewanym atakiem.
Wewnątrz kopuły zapanował względny spokój. Ranni mogli w końcu swobodniej oddychać, a drużyna zyskała bezpieczne schronienie, choć świat na zewnątrz wciąż dygotał pod gniewem wulkanu. Wycieńczony Ambraxas położył się na ziemi i oparł plecami o jeden z menhirów. Byli bezpieczni — lecz nie zaznali prawdziwego odpoczynku.
Zbudził ich skrzek. Otworzywszy oczy, dostrzegli nieumarłą wiwernę, która próbowała przebić magiczną barierę, uderzając w nią szponami i ogonem. Osłona chroniła ich skutecznie, a bestia raniła własne ciało o jej powierzchnię, jednak nie powstrzymywało jej to przed kolejnymi atakami. Ambraxas, widząc stworzenie, walczył sam ze sobą. Jego instynkt pchał go do walki, lecz powstrzymywała go myśl, że mógłby ściągnąć jeszcze większe niebezpieczeństwo na rannych i wyczerpanych towarzyszy. Usiadł przed wiwerną, pełen nienawiści, w gotowości do boju, wpatrując się w ślepia bestii bez mrugnięcia.
Gdy słońce zaczęło majaczyć na horyzoncie, nieumarła wiwerna w końcu ustąpiła. Odleciała w kierunku gór, znikając w bladym świetle poranku.
Podczas krótkiej chwili snu, na którą zdołała sobie pozwolić, Hildę nawiedził sen. Widziała kłębowisko dziwnych węży — ich łuski były szare, miejscami nadgryzione i zniszczone. Znajdowały się w ciemnym pomieszczeniu zbudowanym z srebrzystego kamienia. Gdy zamykała oczy, wizja powracała raz po raz. Nie potrafiła stwierdzić, czy był to zwykły sen, czy coś znacznie więcej.
Noc zaczęła ustępować, świat stawał się powoli szary, a w pobliżu nie było już śladu po wiwernie. Drużyna wciąż żyła — czujna, zmęczona i świadoma, że to miejsce jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.
Złożyli obóz sprawnie i bez zbędnych słów, po czym ruszyli dalej w dół górskich stoków, kierując się ku Phandalinowi. Z czasem udało im się zejść z wysokich gór — pył wulkaniczny stopniowo znikał, a droga stawała się wyraźnie łatwiejsza, prowadząc przez trawiaste wyżyny. Mimo to za ich plecami wciąż widniała ciężka chmura popiołu, przesłaniająca znaczną część nieba i tłumiąca światło słońca, jakby wulkan nie chciał pozwolić im o sobie zapomnieć.
Pod koniec dnia ponownie rozbili obóz. Felix, zgodnie z wcześniejszym zwyczajem, osłonił go kopułą z księżycowego światła. Ta noc była dla nich zaskakująco kojąca — nikt nie zakłócił ich snu, nie pojawił się żaden skrzek ani cień nadlatującej bestii. O poranku obudzili się wypoczęci, gotowi na ewentualne starcie z wiwerną, gdyby ta zdecydowała się powrócić.
Hilda jednak znów śniła te same obrazy — kłębowisko węży. Tym razem nie odebrała ich jedynie jako koszmaru. Coraz mocniej zaczynała wierzyć, że sen jest znakiem, choć nie potrafiła jeszcze go zrozumieć.
Przed nimi czekał kolejny dzień wędrówki, tym razem ku polanie przed wąwozem, w którym jeszcze kilka dni wcześniej znajdowało się leże smoczej matrony. Paladyn przez całą drogę uważnie rozglądał się po niebie i okolicznych wzgórzach, wypatrując wiwerny. Nie dostrzegł jej, lecz przez ułamek sekundy, daleko na wzgórzu za nimi, zobaczył sylwetkę o ludzkiej formie. Gdy tylko spróbował skupić na niej swój wzrok, postać zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było.
Hoar nad nami czuwa. Spogląda ze szczytów górskich i przygląda się moim poczynaniom. — wyszeptał Drakon do towarzyszy.
Dalsza droga do kanionu przebiegła bez niespodzianek. W połowie dnia dotarli do bram smoczego leża. Patrząc z góry, kanion wydawał się dziwnie pusty — nie było widać żadnych śladów smoków ani ruchu. Ambraxas postanowił zejść w głąb, by upewnić się, że wszystkie młode zginęły razem z matroną. Kanion wyglądał niemal identycznie jak wtedy, gdy go opuszczali, z tą różnicą, że wszystkie smocze truchła i jaja rozłożyły się już całkowicie, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Hilda stała w centrum leża, uważnie przeszukując teren bystrym wzrokiem. W pewnym momencie dostrzegła błysk światła pomiędzy głazami. Z daleka wyglądało to jak porzucona biżuteria, lecz gdy podeszła bliżej, zrozumiała, że ma przed sobą coś zupełnie innego. Była to bursztynowa kula — idealnie gładka i przejrzysta, jakby wykuta z czystego światła. W jej wnętrzu unosiły się trzy czerwone gwiazdki, zawieszone nieruchomo w samym centrum. Kula delikatnie połyskiwała, odbijając światło w miękkich refleksach i sprawiając wrażenie artefaktu o ogromnej mocy.
Hobbitka nie miała pojęcia, co trzyma w dłoni. Wracając do towarzyszy, powiedziała — Patrzcie, co znalazłam… — obracając kulę w dłoni obok Ambraxasa.
On od razu wiedział, czym jest ten przedmiot.
— Macie pojęcie, co to jest? — zapytała Hilda.
— To kryształowa kula. Słyszałem, że istnieje wiele takich, rozesłanych po całym świecie. Legenda mówiła, że gdy zbierze się wszystkie, można przyzwać boskiego smoka, który spełni jedno życzenie. Nie wiem jednak, ile ich jest. — odpowiedział Ambraxas.
Przez jego myśl przemknęło jedno pytanie — Zaraz… czy tego smoka można zabić?
Słyszałem o nich kiedyś podczas jednej z podróży. Trzeba zebrać ich siedem. Skoro i tak polujemy na smoki, warto byłoby ich poszukać.” — padło w odpowiedzi ze strony Bao.
Przez chwilę rozmawiali jeszcze o legendach i spełnianiu życzeń.
— Chcecie to? — zapytała łowczyni.
Mnich bez słowa podszedł i chwycił bursztynową kulę w dłoń. Wejrzał do jej wnętrza, po czym schował ją do swojej sakwy, dziękując hobbitce krótkim skinieniem głowy. Od tego momentu to on pełnił rolę strażnika smoczych kul.
Ruszyli dalej. Ambraxas od czasu do czasu wznosił się w powietrze na swoim gryfie, patrolując niebo i wypatrując ewentualnego zagrożenia, mając w pamięci nieumarłą wiwernę, która mogła wciąż podążać ich tropem. Mimo tej ostrożności trzy dni drogi do Phandalinu minęły spokojnie, bez większych przeszkód. Prowadzeni przez Hildę, bezbłędnie odnajdywali właściwe ścieżki i w końcu bezpiecznie dotarli z powrotem do miasta.
W trakcie tych ostatnich dni Felix spędzał nadzwyczaj dużo czasu na modlitwie. Jego głos był zmęczony, lecz nie tracił pewności, gdy raz po raz prosił o znak i opiekę. Pewnej nocy, gdy w trakcie modlitwy zamknął oczy, świat wokół niego zniknął. Znalazł się w nicości, skąpanej w świetle gwiazd. Przed nim stała srebrzysta postać Selûne — milczała, lecz było jasne, że słucha.
Felix przemówił — Selûne, moja bogini. Dziękuję Ci za twoje wsparcie, ochronę i pomoc. Chciałbym Cię poprosić o jedną rzecz, jeśli nie jest to za wiele. Coś, co przy twojej potędze jesteś w stanie uczynić bardzo łatwo. Czy mogłabyś uzdrowić pękniętą duszę Pellie. To była biedna dusza, która straciła całe dzieciństwo i większość rodziny. Prawdopodobnie została również wykorzystana do okropnych rytuałów. Teraz chcielibyśmy jej pomóc.
Kapłan nie usłyszał głosu wypowiedzianego słowami, lecz myśl jego Pani rozbrzmiała w jego umyśle — Dusza Pellie jest niewinna i nie zasługuje na taki los. Spełnię twoje życzenie. Przed tobą długa droga, Felixie. Nie ufaj diabłom. Czeka was decyzja.
Po krótkiej pauzie głos powtórzył wyraźniej — Nie ufajcie diabłu.
Tak szybko, jak wizja się pojawiła, tak samo nagle zniknęła, pozostawiając Felixa w ciszy.
Nastał ranek. Po raz pierwszy od dłuższego czasu ujrzeli czyste słońce na niebie. Bao rozpoczął dzień od treningu, wykonując swoje płynne, precyzyjne ruchy. Ambraxas wygrzewał się na kamieniu, napawając się ciepłem, jakby próbował odzyskać siły po ostatnich dniach. Hilda, przygryzając źdźbło trawy, w milczeniu podziwiała krajobraz wokół.
Felix podszedł do Drakona, przywitał go i poprosił o rozmowę.
— O co chodzi, młody Felixie? — zapytał Ambraxas.
— Wczoraj w nocy udało mi się nawiązać kontakt z Selûne. — odpowiedział kapłan.
Ambraxas otworzył jedno oko i z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchiwał się dalej słowom Felixa — Mam dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że Selûne obiecała pomóc Pellie. Nie chcę jeszcze mówić Hildzie, ale gdy wrócimy do kasztelu, Pellie powinna być zdrowa.
— Kamień spadł mi z serca— odpowiedział Ambraxas bez wahania.
Felix kontynuował — Zła wiadomość jest taka, że Selûne mnie ostrzegła. Czeka nas długa i ciężka droga. Zakładam, że chodzi o walkę, którą jeszcze będziemy musieli stoczyć. I żebyśmy nie ufali diabłom.
Kapłan wyciągnął z kieszeni ametyst — Muszę się tego teraz jakoś pozbyć.
Ambraxas spojrzał na niego poważnie — Mówiliśmy ci. Zawarłeś umowę z diabłem. Wiesz, jakie mogą być konsekwencje zerwania tej umowy?
Felix odparł — Chodziło jej pewnie o współpracę z Varikasem.
Nigdy nie ufałem Varikasowi — odpowiedział Ambraxas. — „Nie poszliśmy z nim na żaden układ. Jak na razie nie jesteśmy w stanie go pokonać, nawet wspólnymi siłami. Dopóki sprawy mają się dla nas dobrze, musimy tolerować jego osobę, ale nie spółkować z nim. Odzyskaliśmy Pellie, spełniłem część swojej przysięgi. Nie znaleźliśmy jeszcze innego rozwiązania, a on jest jedyną osobą, która wie więcej niż my. A jeśli chodzi o ametyst, młody Felixie — zawarłeś umowę i musisz jej dotrzymać.”
Felix przytaknął. Ambraxas przypomniał mu jeszcze, co stało się z Rodgierdem, mówiąc, że nie chciałby, aby kapłan Selûne spotkał podobny los z ręki diabła.
Felix wrócił do reszty drużyny i podzielił się z nimi ostrzeżeniem Selûne, nie wspominając jednak nic o Pellie. Bao zareagował parsknięciem śmiechu — Też mi rada, nie ufaj diabłu. Powinniśmy takie rady sprzedawać na targu.
Felix spojrzał na niego z wyraźną obrazą — Bao, drogi przyjacielu…
Mnich szybko mu przerwał — Tak, wiem. Nie chcę obrażać żadnego z bóstw, a już szczególnie twojego. Ale zrozum, że rada w stylu ‘nie ufaj diabłu’ jest po prostu oczywista.
— Czasami oczywiste rzeczy muszą być powiedziane na głos, — odpowiedział Felix.
— Być może. Aczkolwiek nie potrzeba do tego bogów. — odparł Bao, po czym odwrócił się i wrócił do swojego treningu.
Towarzysze wspólnie zjedli jałowe, pozbawione smaku śniadanie, po czym złożyli obóz i ruszyli dalej w stronę Phandalinu. Pozostało im już tylko kilka dni marszu. Po drodze Felix wielokrotnie rozmawiał z Ambraxasem — o nadchodzących wydarzeniach, możliwych scenariuszach, planach działania i taktyce, ale także o bardziej przyziemnych, choć nie mniej istotnych sprawach. Kapłan wspominał o składnikach potrzebnych do potężniejszych czarów, w tym do zaklęcia wskrzeszenia. Ambraxas bez wahania polecił mu zabrać całe złoto znalezione w smoczym leżu i zaopatrzyć się we wszystko, co okaże się konieczne.
Gdy byli już nieopodal Phandalinu, Ambraxas oddalił się na chwilę od drużyny. Przyklęknął przy krawędzi skarpy, spoglądając na miasto majaczące na horyzoncie. Zacisnął pięść i wyszeptał— Hoarze… jestem coraz bliżej wypełnienia swojej przysięgi. Prowadź mnie. Daj mi jakąś wskazówkę. Daj mi jakiś znak.
Odpowiedzią był grzmot, który potoczył się echem po górach. Chwilę później spadł deszcz. Paladyn poczuł, że Hoar słucha — lecz milczy. Wstał i wrócił do towarzyszy. Ruszyli dalej ku miastu, które było już w zasięgu wzroku.
Do Phandalinu dotarli, gdy słońce wciąż stało wysoko na niebie. Przy bramach Ambraxas uniósł dłoń i odwołał swojego gryfa. Stworzenie zadrżało, a jego ciało, utkane z czystej boskiej energii, zaczęło się rozpływać. Skrzydła rozsypały się w smugach światła, sylwetka zbladła i po chwili gryf zniknął całkowicie, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Hilda nie tracąc czasu, ruszyła prosto do karczmy — potrzebowała wreszcie zjeść coś porządnego. Główna sala była pełna ludzi, lecz hobbitka zwinnie przecisnęła się między gośćmi i usiadła przy barze. Jej oczom ukazał się karczmarz — diablęcie o niebieskiej skórze. Zamówiła kufel piwa i kawał dziczyzny, po czym zabrała się do uczty. Niedługo później dołączył do niej mnich Bao, który również zamówił solidny posiłek.
W tym czasie Felix odebrał złoto od Ambraxasa i razem ruszyli do dzielnicy handlowej. Przechadzając się między straganami, kapłan usłyszał znajomy głos — Felixie, a co ty tu do cholery robisz?
Był to Allamarus — brat Buridana. Gdy Felix zapytał, gdzie mógłby kupić potrzebne mu klejnoty, krasnolud bez słowa sięgnął pod kubrak, wyciągnął kilka kryształów i wręczył dwa kapłanowi — Nie musisz mi dawać pieniędzy. Spokojnie, Buridan zapłaci.
W tym momencie podszedł do nich Ambraxas i przywitał się z krasnoludem. Przez chwilę rozmawiali o podróżach Allamarusa po Grzbiecie Świata oraz o projektach, nad którymi pracował. Krasnolud z dumą opowiedział o sukcesie swoich magicznych balist. Drakon zaproponował mu miejsce na pracownię w Wilczych Łęgach. Allamarus podziękował za ofertę i dał do zrozumienia, że chętnie osiedli się tam w przyszłości, zwłaszcza w pobliżu Buridana.
Ambraxas poprosił również o przyjęcie zapłaty za kryształy Felixa — nie chcieli być nikomu dłużni, a już na pewno nie pozwolić, by Buridan płacił za nich. Następnie Drakon sięgnął do swojej torby i wyciągnął Symbol Bractwa Złotej Włóczni. Wyciągnął rękę z broszką w stronę krasnoluda, mówiąc — Nigdy nie zaproponowaliśmy ci tego wprost, ale bylibyśmy zaszczyceni, gdyby dawny obrońca Kasztelu Cztery Dęby dołączył do naszego bractwa.
— A jasne, czemu nie. Będę mógł znowu postrzelać do smoków — odpowiedział Allamarus bez wahania.
Ambraxas wspomniał mimochodem, że ominęły go dwa smoki. Krasnolud początkowo nie dowierzał, lecz zmienił zdanie, gdy Drakon pokazał mu smocze serce. Oczy Allamarusa rozbłysły ekscytacją — Ty wiesz, co ja mógłbym z tego zrobić? Smocze serce ma zupełnie inaczej rozłożone komory… to jest dopiero pompa.
Zaczął opowiadać o konstrukcie napędzanym smoczym sercem, a także wspomniał o innym — tym, który broni skarbca bractwa. Wiedział o nim od Buridana, który ponoć robił się bardzo gadatliwy po alkoholu. Miał to być konstrukt wykonany według zapomnianej, starożytnej technologii krasnoludów.
Ambraxas obiecał mu smocze serce. Miało czekać w skarbcu bractwa i zostać przekazane, gdy tylko Allamarus przybędzie do Wilczych Łęgów. Następnie zaprosił krasnoluda do karczmy, by wspólnie opić jego dołączenie do Bractwa.
Gdy dołączyli do Hildy, Allamarus zaprezentował Drakonowi kolejny eksperyment — przybornik krasnoludzki, urządzenie, które z rękawa potrafiło podać różne przedmioty: młot kowalski, a nawet kufel. Ambraxas w zamian pokazał mu swoją włócznię. Krasnolud był pod ogromnym wrażeniem i natychmiast pojął, że pierścień Drakona jest z nią powiązany. Ambraxas po cichu opowiedział mu historię włóczni oraz przysięgi, którą złożył — historii ciężkiej, ale nierozerwalnie związanej z drogą, którą wciąż podążał.
Felix tymczasem przechadzał się dalej po dzielnicy handlowej, aż w końcu natrafił na namiot diabła. Materiał falował lekko, jakby poruszany oddechem czegoś ukrytego w środku. Kapłan wszedł do wnętrza bez wahania. Za ladą czekała już znajoma mu postać. Diabeł uniósł wzrok i uśmiechnął się krzywo.
— Mój przyjaciel. Widzę, że masz dla mnie coś.
Felix bez słowa podał mu ametyst. Diabeł chwycił kamień, położył go na blacie, po czym wyciągnął niewielki młoteczek i delikatnie uderzył w kryształ. Ametyst rozpadł się natychmiast, rozsypując się w drobny pył po całej powierzchni. Diabeł nachylił się, po czym wciągnął wszystko jednym, długim wdechem — pył wraz z czarną substancją ukrytą w jego wnętrzu. Towarzyszył temu głośny okrzyk zaskoczenia. Postać gwałtownie odchyliła się do tyłu, łapiąc się za zatoki.
— Masz amulet… ja muszę się położyć — rzucił zdławionym głosem i zniknął za kotarą.
W dłoniach Felixa znajdował się już Amulet Pobożnego — święty symbol, który miał wzmocnić skuteczność jego kapłańskiej magii. Kapłan wyszedł na zewnątrz. Gdy odwrócił się za siebie, namiotu już nie było, jakby nigdy nie istniał. Felix ruszył więc z powrotem do reszty kompanii.
W karczmie spędzili jeszcze krótką chwilę. Dopili kufle piwa i pożegnali się z Allamarusem, który szykował się do drogi w stronę Waterdeep, gdzie planowano zamontować jego balisty na murach miasta. Gdy wyszli na zaplecze karczmy, Felix uniósł swój symbol wiary i wypowiedział święte słowa powrotu. Powietrze zadrżało, dźwięki miasta zostały przytłumione przez nagłą pustkę, a świat zwinął się w błysku księżycowego światła.
W jednej chwili zniknęli z Phandalinu, by pojawić się w kojącej ciszy Komnaty Drewnianego Serca. W samym momencie teleportacji Hilda ponownie doświadczyła wizji — krótkiej jak mrugnięcie oka. Kłębowisko węży.
Ich nagłe pojawienie się w głównej komnacie bractwa obudziło strażnika tego miejsca — krasnoludzkiego golema, odnalezionego wiele lat temu przez Ambraxasa. Drakon przywitał się z konstruktem, po czym rozsiadł się na tronie zbudowanym ze smoczych kości, stojącym pośrodku sali. Delikatnie podparł głowę pięścią, w jego drugiej dłoni spoczywała włócznia. Zamyślił się — nad tym, co już się wydarzyło, nad przysięgą, którą złożył, i nad tym, co dopiero miało nadejść.
Felix spojrzał na Hildę — Myślę, że powinnaś iść zobaczyć, jak Pellie się miewa.
Bao wraz z Hildą ruszyli do ratusza — tabaxi chciał porozmawiać z Elwirą. Gdy wyszli na zewnątrz, był środek dnia. Wilcze Łęgi tętniły życiem, a zapracowani mieszkańcy, jak zwykle, krzątali się po ulicach miasta. Kiedy minęli bramę twierdzy, strażnicy ukłonili się im z szacunkiem. Przeszli przez plac dzielnicy handlowej, skąd do ratusza było już niedaleko.
Po wejściu do środka przywitał ich kamerdyner — Pani Hildo, panie Bao Bei. Czy państwo przyszli zobaczyć się z Jontkiem i Elwirą?
— Tak — odpowiedział Bao.
— Pan Jonteusz jest obecnie poza domem, ale pani Elwira może państwa przyjąć. Znajduje się w tej chwili w swoim gabinecie w bibliotece. Zapraszam. — Służący poprowadził ich na górne piętro, otworzył drzwi do biblioteki i oddalił się z ukłonem. Elwira siedziała w swoim krześle. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż podczas ich ostatniego spotkania — zdrowsza, spokojniejsza.
— Witaj, Elwiro. Jak tam życie? — zapytała Hilda.
— Och, Hildo, Bao Bei… jak dobrze, że jesteście. Wydarzyły się tu cuda. Chodzi o Pellie. — odpowiedziała szybko wiedźma.
— Co się stało z Pellie? — zapytała Hilda, wyraźnie poddenerwowana.
— Wyzdrowiała! — odpowiedziała Elwira.
— Jak to wyzdrowiała? O czym ty mówisz? Gdzie ona jest? — dopytywała Hilda, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.
Wiedźma opowiedziała jej, jak dwa dni temu Pellie obudziła się nagle, jakby wróciła do siebie. Była zdezorientowana, zadawała mnóstwo pytań, nie wiedziała, gdzie się znajduje ani dlaczego tu trafiła. Pytała o Hildę. Wszystko wskazywało na to, że ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, była przeklęta noc, podczas której Hilda straciła rodzinę.
Bao odezwał się cicho — Felix wspominał coś, że jego bóstwo mogło maczać w tym palce… żeby pomóc twojej siostrze.
— Więc to sprawka Selûne. Chodźcie ze mną — powiedziała Elwira.
Poprowadziła ich jeszcze wyżej, schodami na kolejne piętro, do jednego z większych pokoi. Drzwi otworzyły się powoli. W środku siedziała Pellie, na bogato zdobionym łożu. Młoda hobbitka była ubrana w zwyczajne odzienie. Spojrzała na Hildę — przez krótką chwilę wydawało się, jakby jej nie rozpoznawała. Nagle jej twarz rozjaśniła się, a ona zerwała się z miejsca i rzuciła siostrze na szyję.
Łzy szczęścia popłynęły po policzkach obu hobbitek, gdy uściskały się mocno, drżąc z emocji i tęsknoty.
— Cieszę się, że wróciłaś do normalnego stanu — powiedziała Hilda przez ściśnięte gardło. — Mamy wiele rzeczy do omówienia. Musimy spędzić dzisiejszy dzień razem.
Łowczyni wciąż trzymała dłoń siostry, gdy odwróciła głowę w stronę Elwiry — Mam do ciebie jeszcze jedną sprawę. W trakcie naszej podróży miałam powracający sen. Śniły mi się węże, jakieś legowisko. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to może być ostrzeżenie. Może ty coś o tym wiesz.”
— Powtarzające się sny… powtarzające się sny — powtórzyła Elwira zamyślona. — Nie będę cię okłamywać. Nie wiem, co dokładnie mogą oznaczać węże. To zależy w co wierzysz. Mogę natomiast sprawdzić, czy coś na ciebie wpływa… magicznie.
Wiedźma zniknęła w jednej ze spiżarek. Po chwili wróciła z garścią składników, które zaczęła układać w określonym porządku. Rozpoczęła inkantację. W powietrzu wokół Hildy pojawiły się drobne smugi dymu i migotliwe światełka, które Elwira obserwowała uważnie, jakby czytała znane sobie znaki. Jej wzrok spoważniał. Spojrzała także na Bao. — Wasza pamięć została zmieniona. Zostaliście zauroczeni, a część waszych wspomnień została wymazana.”
— Cała pamięć? — zapytała zaskoczona Hilda.
— Da się to odwrócić? — dodał Bao.
— Nie cała — odparła Elwira. — Chodzi o konkretne zdarzenie. Spróbuję to zbadać.
Położyła dłoń na głowie Hildy. Hobbitka poczuła, jak obca magia wdziera się w jej umysł — chłodna, przenikliwa.
— To wspomnienie sprzed sześciu dni — mówiła Elwira powoli. — Widzę wulkan… byliście w wulkanie. Wewnątrz góry. Walczyliście ze strażnikami. I dalej… pustka. A potem znów walka. Z wielkim strażnikiem.
— Wiedźma uniosła wzrok — Bao, pozwolisz?
— Jeśli ma nam to pomóc — odpowiedział mnich bez wahania.
Elwira dotknęła jego czoła. Bao również poczuł, jak magia przenika jego myśli — Brakuje dokładnie tego samego fragmentu — stwierdziła. — Nie ma go. Jakby ktoś go całkowicie wymazał.
— Nie da się go przywrócić? — zapytał tabaxi z niedowierzaniem.
— Coś, co raz zostało stracone, bardzo trudno odzyskać — uświadomiła ich Elwira.
— To bardzo podejrzane — odezwała się Hilda. — Nikt z nas nie zauważył, żeby cokolwiek nam się wtedy przytrafiło.
— Elwira westchnęła cicho — Swoją drogą, gratulacje za pokonanie tego smoka. Wygląda, że nie był łatwym przeciwnikiem.”
Bao Bei opowiedział jej jeszcze o spotkanych pobratymcach Buridana i o wspólnej walce ze smoczą matroną w wąwozie. Elwira zaśmiała się krótko, kręcąc głową — doskonale wiedziała, że tylko oni mogli zabić smoka niejako „przy okazji”.
Jeszcze przez jakiś czas rozmawiali o utraconej pamięci. Elwira była zdania, że sny Hildy są jedynie ułamkiem brakującego wspomnienia — echem czegoś, co zostało jej odebrane. Hobbitka zamyśliła się, próbując zrozumieć, co mogło być przyczyną tej straty. Na prośbę wiedźmy opisała sen najdokładniej, jak potrafiła, lecz szczegóły wciąż umykały, jakby rozmywały się przy próbie skupienia.
— Poczytam o tym — powiedziała w końcu Elwira. — Jeśli coś znajdę, odezwę się.
Hilda podziękowała jej szczerze, po czym zabrała Pellie na spacer po Wilczych Łęgach. Miały przed sobą całe popołudnie — i wiele straconego czasu do nadrobienia.
Mnich Bao pozostał jeszcze chwilę, chcąc dopytać Elwirę o kilka innych spraw. Wiedźma od razu wiedziała, czego dotyczyć będą pytania — w końcu była już w jego głowie.
Opowiedziała mu o siedmiu kryształowych kulach rozesłanych po całym świecie.
Czyli to prawda. Zostało tylko sześć — podsumował Bao spokojnie.
Elwira zaznaczyła jednak, że z samej kuli nie wyczuwa żadnej aktywnej magii. Mnich był jednak przekonany, że ich prawdziwa moc objawi się dopiero wtedy, gdy wszystkie siedem znajdą się razem. Następnie pokazał jej naszkicowaną kopię run z wulkanu. Elwira przyjrzała się im uważnie.
— To runa rozproszenia — stwierdziła. — Krąg nakreślony tymi znakami niweluje wszelkiego rodzaju magię oraz jej źródła wewnątrz.
Pstryknęła palcami i obok jej dłoni pojawiły się kolejne symbole — Jeśli połączysz ją z tymi dwiema runami i stworzysz pełny krąg, być może Felix będzie w stanie to wykonać.
Według Elwiry ktoś próbował się bronić, używając tych run w kręgu — nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego zdecydował się na to w tak odległym miejscu od wnętrza wulkanu.
Bao podziękował jej za informacje i poprosił, by dała im znać, jeśli dowie się czegokolwiek więcej. Pożegnał się i opuścił ratusz.
W tym samym czasie Felix przez chwilę przechadzał się po dzielnicy handlowej, po czym skierował się do Nirela, do sklepiku Pod Okiem Sowy. Kapłan chciał uzupełnić zapasy mikstur leczniczych dla drużyny, jednak Nirel posiadał również inne magiczne eliksiry, które mogły okazać się przydatne — zwłaszcza jeśli faktycznie będą zmuszeni udać się do Avernusu, by raz na zawsze zakończyć żywot Melauthaura. Bez dłuższego zastanowienia Felix wypełnił swój plecak różnego rodzaju miksturami.
Następnie udał się do Komnaty Drewnianego Serca, gdzie wspólnie z Ambraxasem podzielili eliksiry pomiędzy wszystkich członków drużyny, dopasowując je do ich potrzeb i mocy poszczególnych mikstur.
Bao udał się do swojej komnaty. Większość nocy spędził na medytacji, próbując odzyskać wspomnienie, które zniknęło z jego pamięci. Jedyne, co mu się wydawało, to to, że w chwili, gdy wspomnienie znikało, słyszał coś na kształt pieśni — jakby bardzo odległe, głębokie echo. A potem… nic.
Reszta towarzyszy również udała się na spoczynek.
Nad ranem Felix postanowił porozmawiać z Pellie. Liczył na to, że być może dziewczyna zapamiętała coś, co mogłoby rzucić światło na Krąg Popiołu. Zapukał do drzwi jej komnaty. Gdy się otworzyły, poprosił, by mogli porozmawiać na zewnątrz. Zadał pytanie ostrożnie, pytając, czy Pellie słyszała lub pamięta cokolwiek z tego okresu. Hilda jednak szybko uświadomiła Felixa, że jej siostra niczego nie pamięta — luka była całkowita.
W pewien sposób zawiedziony kapłan podziękował i pożegnał się z towarzyszką, zapraszając obie siostry na śniadanie do karczmy. Hobbitka ruszyła z nim zostawiając śpiącą jeszcze Pellie. Rupert, jak zwykle, dopilnował, by niczego im nie brakowa. Gdy karczmarz ugościł ich ciepłym posiłkiem, zasiedli do jedzenia i rozmowy.
Bao opowiedział Felixowi o tym, czego razem z Hildą dowiedzieli się od Elwiry. Zdecydowali, że wtajemniczą w to również Ambraxasa, który od poprzedniego dnia przebywał w Komnacie Drewnianego Serca. Wszyscy zeszli do podziemi Wilczych Łęgów i zastali Drakona wciąż siedzącego na tronie ze smoczych kości. Wyglądało na to, że głęboko rozmyślał — a może już planował kolejne kroki.
Gdy weszli do komnaty, Ambraxas uniósł wzrok i zapytał krótko — Ruszamy dalej, czy co?
— Musimy porozmawiać — powiedziała Hilda.
— Nie czujesz, żeby coś było nie tak z twoją pamięcią? — zapytał wprost Bao Bei.
— Nie masz żadnych ubytków z ostatnich dni? — dodała Hilda.
— Nie… pamiętam całą wyprawę — odpowiedział paladyn bez wahania.
— Najwyraźniej komuś usunięto wspomnienia — padło cicho ze strony Felixa.
— Jakie wspomnienia? — zapytał Ambraxas.
Rozmowa potoczyła się dalej, lecz nikt nie potrafił odpowiedzieć na rodzące się pytania. W końcu Bao zaproponował, aby Elwira raz jeszcze wyjaśniła wszystko — tym razem również Ambraxasowi. Drakon rozproszył swoją włócznię, wstał z tronu i skinął głową — No dobra. Czas odwiedzić wiedźmę.
Drużyna ponownie stanęła pod drzwiami ratusza. Felix zapukał. Z wnętrza rozległ się płacz niemowlęcia — najwyraźniej obudzili domowników. Drzwi otworzył Jontek. Przywitał ich serdecznie, nie kryjąc tęsknoty za dawnymi podróżami u ich boku, po czym zaprowadził ich do jadalni. Tam czarodziejka siedziała razem ze swoim synem.
Bao, spoglądając na dziecko, utkwił wzrok w jego oczach. Źrenice tabaxi rozszerzały się i zwężały kilkukrotnie. Maluchowi najwyraźniej bardzo się to spodobało — Witia wyciągał w jego stronę swoje malutkie, zaciśnięte piąstki, gaworząc cicho, nieświadomy ciężaru spraw, z jakimi przyszli tu dorośli.
– Doszły mnie słuchy o jakichś zanikach pamięci – zapytał Ambraxas.
– Tak. Wszyscy macie wymazane to samo wspomnienie – odpowiedziała Elwira spokojnie.
– Skąd wiesz, że my również? – dopytał Drakon.
Elwira westchnęła i uniosła wzrok.
– Bo… wiem, co się stało. Spotkaliście w wulkanie stworzenie. Słyszeliście kiedyś o fałszywej hydrze? To by wyjaśniało, dlaczego widzisz węże, Hildo. Ta miała cztery głowy. Naukowcy wciąż debatują, jak daleko sięga jej pieśń, ale każdy, kto ją usłyszy, wpada pod jej urok.
Wiedźma spojrzała na Felixa.
– Czar większego przywrócenia powinien zadziałać na taki urok.
Bao niemal natychmiast wysunął się do przodu. Czuł narastający niepokój na myśl, że ktoś ingerował w jego umysł. Felix położył dłoń na jego ramieniu i wypowiedział słowa inkantacji. Ciepła, czysta energia przeniknęła umysł mnicha, zrywając niewidzialne więzy. Wymazana pamięć wróciła gwałtownie — obrazy wlały się jak fala.
Bao zobaczył ją wyraźnie: fałszywą hydrę, na którą natrafili w jednej z komór po walce ze strażnikami wulkanu. Zniekształcone sylwetki, dźwięk, który nie powinien istnieć, i przerażającą świadomość czegoś, co było obecne, a jednocześnie ukryte przed wszystkimi. Mnich zachwiał się, oddychając ciężko, gdy prawda przebiła się przez zapomnienie.
Ambraxas zamyślił się, rozważając, czy hydra zginęła podczas wybuchu wulkanu, a co ważniejsze — czy wszystko, co wydarzyło się w Górach Miecza, było prawdziwymi wspomnieniami. Wyprostował się nagle, jakby na moment oddzielił się od reszty świata. Z jego zbroi wypłynęła jasna, spokojna aura, przenikająca ziemię, powietrze i umysły wszystkich w pobliżu. Najpierw przyszła ulga, jak po zdjęciu niewidzialnego ciężaru, a potem pękły bariery pamięci. Wspomnienia wróciły gwałtownie, składając się w całość. Aura Czystości przywróciła wszystkim utracone wspomnienie.
Przez krótką chwilę rozważali powrót w góry, lecz szybko stało się jasne, że mają teraz ważniejsze sprawy. Ambraxas zmrużył oczy.
– Fałszywa hydra prędzej czy później musi zginąć. Nikt nie będzie mieszał mi w głowie.
Bao skinął głową po chwili namysłu.
– Faktycznie. Mamy teraz inne priorytety.
Zdecydowali się wyruszyć bez zwłoki do Neverwinter. Elminster Aumar z pewnością będzie w stanie odpowiedzieć na pytania dotyczące Kręgu Popiołów, poszukiwanej księgi oraz samej fałszywej hydry. Ambraxas udał się przygotować wóz. Hilda z trudem znosiła myśl o kolejnym rozstaniu z siostrą, lecz Pellie pozostawała w bezpiecznym miejscu. Miała wspierać Elwirę i Jontka przy dziecku oraz pomagać w ratuszu.
Siostry przytuliły się mocno na pożegnanie, a potem cała drużyna ruszyła na zachód, w stronę Neverwinter.
Droga, niegdyś zarośnięta i prowadząca przez spaczoną puszczę, była teraz dobrze utrzymana. Podróż okazała się znacznie łatwiejsza niż kilka lat wcześniej. Gdy dotarli do miasta, Ambraxas z czystej ciekawości skierował się do dzielnicy, w której znajdowała się kamienica należąca kiedyś do niego. Starego budynku jednak już nie było — w jego miejscu stał teraz ogromny zajazd z noclegami. Drakon westchnął tylko, wspominając miesiące ciężkiej pracy, które włożył w odnowienie tego miejsca z myślą o mieszkańcach.
Nikt nie wiedział jednak, gdzie dokładnie mieszka Elminster, więc Ambraxas poprowadził drużynę do ratusza. Na miejscu natknęli się na ogromną kolejkę. Paladyn bez wahania podszedł prosto do strażników stojących przy bramie.
– Witam. Ambraxas, dowódca Bractwa Złotej Włóczni. Sprawy wagi państwowej – oznajmił spokojnie.
– A jakiś dokumencik jest? – zapytał jeden ze strażników.
Drakon wyciągnął zza pasa akt obywatelstwa Neverwinter, wyrobiony lata temu z pomocą braci Fiddletone.
– No… zgadza się, panie. Proszę podejść do okienka po numerek.
Ambraxas zmrużył oczy.
– Czy ty wiesz, z kim masz do czynienia, szeregowcu? Masz czelność kazać nam czekać z numerkiem?
Strażnik pobladł i aż się zatrząsł.
– Ale… proszę pana… proszę wejść. Pani Marcela się wami zajmie.
Po drugiej stronie okienka, za wysoką ladą, siedziała krasnoludka Marcela. Ambraxas zamienił z nią kilka zdań w języku krasnoludów, wyjaśniając, że poszukują Elminstra — jedynej osoby zdolnej pomóc im w ich problemie. Marcela wysłuchała uważnie, po czym skierowała ich do pokoju numer cztery, gdzie urzędował wysoko postawiony urzędnik państwowy imieniem Egbert. Ambraxas zostawił jej złotą monetę w ramach wdzięczności.
Udali się do wskazanego gabinetu. Egbert przywitał ich nienagannymi manierami. Wyjaśnił, gdzie mieszka Elminster, i ostrzegł ich przy tym, że jeśli nie będą mile widziani w jego domu, mogą źle skończyć. Ambraxas zapewnił go jednak, że bardzo dobrze zna legendarnego czarodzieja. Gdy tylko wspomniał o Twierdzy Czterech Dębów, Egbert natychmiast połączył fakty. Zdał sobie sprawę, że stoi przed nim sam Ambraxas — o którym słyszał wiele historii i którego czyny, wraz z dokonaniami bractwa, darzył szczerym podziwem.
Drakon podziękował i bez zwłoki ruszyli w stronę domu Elminstra.
Kilka ulic dalej stał niepozorny dom z ogródkiem. Pośród zadbanej zieleni wznosiła się ogromna statua Elminstra, odlana z brązu, górująca nad posesją niczym strażnik. Gdy tylko podeszli do bramy, ta otworzyła się sama, zapraszając ich do środka, wygrywając przy tym skoczną, niemal dziecięcą melodyjkę.
Kiedy zbliżali się do drzwi, coś przemknęło tuż przed twarzą Bao. Był to kot ze skrzydłami nietoperza, który zatrzymał się w powietrzu i przyjrzał im się uważnie. Hilda natychmiast rozpoznała istotę — tressym. Kot spojrzał na nich z ciekawością, po czym odleciał dalej, znikając ponad dachami.
Dotarli do masywnych drzwi. Zawieszona na nich kołatka miała postać niewielkiego młoteczka na łańcuchu. Ambraxas ujął ją w dłoń, uniósł i puścił. Młoteczek uderzył z siłą przypominającą uderzenie w bęben oblężniczy. Drzwi eksplodowały do środka, rozrzucając drzazgi po całym wnętrzu.
Przed nimi ukazał się bogato zdobiony hol. Po lewej stronie schody prowadziły na piętro, po prawej ciągnął się korytarz z drzwiami do kolejnych pomieszczeń. Gdy tylko przekroczyli próg, roztrzaskane drzwi leżące na dywanie uniosły się, a następnie same złożyły w nienaruszoną całość i zamknęły wejście — jakby czas cofnął się o kilka sekund.
Po chwili na szczycie schodów pojawił się Elminster.
– O, witajcie, moi drodzy.
Drużyna przywitała się z czarodziejem. Elminster od razu uprzedził ich, że nie rozmawiają z nim osobiście.
– Muszę was ostrzec – oznajmił spokojnie – nie jestem teraz tutaj z wami. To jedynie projekcja. Moja prawdziwa forma jest… uwięziona. Najprawdopodobniej gdzieś w Avernusie.
Ambraxas opowiedział mu o spotkaniu z fałszywą hydrą w Górach Miecza. Elminster wysłuchał go uważnie, po czym dodał:
– Chciałbym zaznaczyć, że to, co teraz widzicie i przeżywacie, jest jak najbardziej prawdziwe. Gdybyście mieli jakiekolwiek wątpliwości.
– Czy to, co wydarzyło się po spotkaniu z nią, też było prawdziwe? – zapytał Ambraxas.
Projekcja Elminstra na moment zadrżała i zaczęła się rozmywać, lecz po chwili wróciła do normy.
– Najprawdopodobniej tak. Fałszywa hydra zwykle wymazuje jedynie wspomnienie samego jej widoku. W waszym przypadku wykorzystała was jednak, by rzucić urok na innych.
Na kolejne pytanie odpowiedział bez wahania:
– Klątwa hydry pozostaje na jej nosicielu nawet po jej śmierci.
Drużyna opowiedziała także o walce z Melauthaurem i jego porażce w wulkanie.
– Aaa… – przeciągnął Elminster. – To to wyczułem. Powrócił do Piekła i odzyskał swoją moc. Jego dusza była oderwana od fizycznej formy. Poczułem jego powrót aż stąd.
– Chciałbym zniszczyć Melauthaura całkowicie – powiedział Ambraxas stanowczo. – Jego duszę i jego fizyczną formę.
– Wiesz, chłopcze, na co chcesz się porwać – podsumował Elminster.
– Myślisz, że jest silniejszy od Vartraxa? – zapytał drakon.
– Jakby ci to powiedzieć… – czarodziej zamyślił się na moment. – Vartrax przy nim to nic. Był jedynie pionkiem w rękach większych graczy. Podejrzewam, że wy już to wiecie.
– Ci więksi gracze to Krąg Popiołów? – zapytał Felix.
Elminster spojrzał na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
– Och, lubię go. Melauthaur jest jednym z tych graczy.
– Czyli chcesz powiedzieć, że Melauthaur jest jednym z założycieli Kręgu Popiołów? – dopytał Bao.
– Rozumiem, że spełniałeś swoją powinność, Ambraxasie, walcząc z jego duszą – odparł Elminster. – Jednak chcąc nie chcąc, wsparliście Krąg w realizacji ich celów.
– A słyszałeś może coś o Księdze Popiołów? – zapytał ponownie Felix.
– Księga Popiołów? – Elminster roześmiał się krótko. – W co wyście się wpakowali? Ta księga potrafi wiele i żadna z tych rzeczy nie jest dobra.
Ambraxas wyjaśnił czarodziejowi, że chcieli by ją zniszczyć.
– To niedorzeczne – odparł czarodziej. – Tej księgi nie da się zniszczyć, bo nie ma fizycznej postaci. A nawet gdybyście chcieli, musielibyście zejść do miejsca, do którego nawet ja nie mam dostępu. Jeśli Krąg Popiołów chce Księgę — a to biorąc pod uwagę ich nazwę nie dziwi — i zamierza użyć jej w rytuale, zrobią to w materialnym planie. Prędzej czy później Melauthaur się pojawi.
Zapytany o to, do czego Krąg może chcieć użyć Księgi Popiołów, Elminster nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Ambraxas opowiedział więc pokrótce, na co natrafili w trakcie swoich poszukiwań: o jednoczących się smokach, próbach wskrzeszenia Melauthaura, o opętaniu Pellie i smoczym liczu, a także o Varikasie, który chciał ich wykorzystać do walki z Kręgiem Popiołów — oraz o tym, że część informacji pochodziła od diabła.
Elminster słuchał w milczeniu, a jego spojrzenie stawało się coraz poważniejsze.
– Jest to bardzo ciekawe – powiedział Elminster po chwili namysłu. – Krąg Popiołów potrzebuje niewinnych dusz. To jest jasne.
Przerwał i spojrzał wprost na Hildę.
– Bardzo się cieszę, że twojej siostrze nic się nie stało. Ppotrzebują niewinnych dusz, najprawdopodobniej do rytuału. Być może do rytuału przyzwania. Obecność liczów jest niezwykle niepokojąca. A co smoki mają wspólnego z liczami? Odpowiedź brzmi: Księga Popiołów. Pozostaje jednak pytanie, jak w to wszystko wpisuje się wasz diabelski „przyjaciel”, skoro twierdzi, że chce powstrzymać Krąg Popiołów.
Ambraxas zamyślił się.
– Diabeł faktycznie mógł z nimi współpracować. Pokierował nas na duszę Melauthaura i pewnie wiedział, że połączy się ona z jego ciałem. Na dodatek daje nam wskazówki za darmo, nie biorąc nic w zamian.
– Albo chce, żebyśmy znaleźli Księgę Popiołów i oddali ją jemu – wtrącił Felix.
Elminster skinął głową.
– Diabły zawsze posługują się półprawdą. Powiedział wam jednak, że dusza Melauthaura była oddzielona od ciała i gdzie się znajduje. Być może wiedział, że go pokonacie. A jeśli tak, to możliwe, że nie przewidział skutków połączenia duszy z fizyczną formą. Z tego, co mówicie, wygląda na to, że sam do końca nie wie, czego chce Krąg Popiołów.
Ambraxas uniósł głowę.
– Powiedziałeś, że nie masz dostępu do miejsca, w którym znajduje się Księga Popiołów. Wiesz, co to za miejsce? A co ważniejsze — czy bogowie mają tam wstęp?
Elminster spoważniał.
– Księga Popiołów skrywa wiele tajemnic, o których nawet ja nie mam pojęcia. Wiem jednak, gdzie się znajduje. Jest częścią prywatnej kolekcji jegomościa, do którego zdobycie audiencji graniczy z niemożliwością. Jego imię to Asmodeus.
Ambraxas nigdy wcześniej nie słyszał tego imienia. Elminster opowiedział im pokrótce — lecz z niewyobrażalną pasją — o wszystkich poziomach Piekieł, kończąc na tronie Asmodeusa. Według czarodzieja, jeśli Krąg Popiołów rzeczywiście chce zdobyć Księgę, sami nie będą w stanie tego dokonać.
– Nasuwa się pytanie – podjął Elminster – czy Varikas również chce tej księgi? Czy planowałby zamach na Asmodeusa?
Zamilkł na chwilę, po czym dodał:
– Moim zdaniem, przynajmniej na razie, powinniście trzymać się Varikasa. On wie więcej niż wy, ale nie wie wszystkiego. A was zdecydowanie potrzebuje, skoro daje wam wskazówki. Kto wie, co się stanie, jeśli Krąg Popiołów wejdzie w posiadanie Księgi.
Czarodziej pożegnał się z drużyną z należytą uprzejmością, twierdząc, że ma jeszcze pewne sprawy do załatwienia. Jego projekcja zbladła i zniknęła.
Felix uniósł symbol wiary i wypowiedział święte słowa powrotu. Przestrzeń w domu Elminstra zadrżała cicho. Ściany rozmyły się w blasku, dźwięki Neverwinter ucichły, a świat zwinął się w jednym, boskim impulsie. W mgnieniu oka znaleźli się ponownie w Komnacie Drewnianego Serca.
Zgodzili się, że kolejnym krokiem powinna być rozmowa z Varikasem — tym razem z nową wiedzą i gotowością, by wyciągnąć z diabła informacje, które wcześniej pominął. Ambraxas odnalazł w stercie skarbów bractwa stare lustro. Twierdził, że przywołanie diabła w okolicach głównej komnaty będzie rozsądnym posunięciem — w razie starcia krasnoludzki golem mógłby ich wesprzeć.
Felix chwycił lustro i trzykrotnie wypowiedział imię diabła.
Jak na zawołanie — jakby pojawił się znikąd, a może jakby zawsze tam był — Varikas stanął przed nimi z tym samym, irytująco pewnym siebie uśmieszkiem na twarzy.
– Wołaliście – rzucił lekko.
– Dusza Melauthaura została unicestwiona. Gości się teraz na twoich salonach w Avernusie – powiedział Ambraxas twardo.
– Została połączona z ciałem – dodał Felix.
– Dawno mnie nie było w Avernusie – odparł Varikas z nonszalancją. – Powiedzmy, że ja i Zariel nie dogadujemy się najlepiej.
Ambraxas zmrużył oczy.
– Nie mam pojęcia, o kim mówisz.
– Władczyni Avernusu – wyjaśnił diabeł.
– Twoja pani? – uśmiechnął się krzywo Ambraxas.
– O nie. Ja nie pochodzę z Avernusu – odpowiedział Varikas spokojnie.
– A skąd w takim razie? – dopytał Ambraxas.
– Z Żelaznego Miasta. Troszkę niżej.
– Z drugiego kręgu Piekieł – doprecyzował Felix.
Varikas rozejrzał się po drużynie, jakby oceniał ich reakcje.
– W każdym razie… zapewne chcielibyście wiedzieć, gdzie znajduje się twój artefakt.
Jego spojrzenie zatrzymało się na Feliksie.
– Daleko na północy. Za Kręgosłupem Świata. Tam, gdzie znajdziecie tylko lód, a świat jest najbliżej księżyca.
Felix nie okazał zaskoczenia — słyszał to już wcześniej.
– W miejscu, w którym znajdował się Melauthaur, miała leże fałszywa hydra – powiedział drakon – Nie wspomniałeś, że smoki bratają się z takimi potworami. Używali tego samego wulkanu jako legowiska.
– Dawno nie widziałem fałszywej hydry – odparł Varikas. – Ale one nie bratają się z nikim. To raczej zbieg okoliczności.
Bao uniósł brew.
– Diabeł wierzy w zbiegi okoliczności? To ciekawe.
– I takie rzeczy się zdarzają – odpowiedział Varikas bez wahania. – Ten świat jest… dziwny. W Piekle mamy zasady. Tutaj przypadkowe rzeczy dzieją się co chwilę.
– Słyszałem kiedyś, że władcy kręgów piekielnych walczą ze sobą i prowadzą wielkie wojny – głównie polityczne – dodał Ambraxas.
Varikas uśmiechnął się szerzej.
– Nawet nie masz pojęcia, Ambraxasie… ale nie jesteśmy tu po to, by rozmawiać o mnie. Jesteśmy tu, by rozmawiać o was. O bohaterach Wilczych Łęgów.
Zrobił krok w ich stronę.
– Znalazłaś swoją siostrę. Pokonaliście Melauthaura.
Jego głos był miękki, niemal serdeczny — i właśnie to czyniło go najbardziej niepokojącym.
Ambraxas zareagował natychmiast.
– Nie pokonaliśmy go. On przecież wciąż żyje.
Varikas uniósł brwi.
– Być może będziecie mieli jeszcze szansę, by skończyć go raz na zawsze. Potrzebuję jednak więcej czasu. Nie będę udawał.
– Na co? – zapytał Ambraxas.
– Żeby dowiedzieć się, co knuje Krąg Popiołów – odpowiedział diabeł bez wahania.
– A czego już się dowiedziałeś? – naciskał Drakon. – Na pewno rozciągnąłeś swoje sieci wokół Kręgu i podglądałeś smoki. Masz swoich informatorów. Takich jak Nieven.
Varikas splótł dłonie.
– Wiem, że odprawiają rytuały. W wielu miejscach składają w ofierze niewinne dusze. Planują coś wielkiego i to wydarzy się niebawem. Wszystkie smoki mają zebrać się w jednym miejscu… ale po co — tego jeszcze nie wiem. Próbują dostać się do Piekieł. Melauthaur już tam jest, ale uwięziony.
– Myślisz, że chcą się tam dostać, żeby go uwolnić? – zapytał Felix.
– On nie jest najpotężniejszym ze smoków – odpowiedział Varikas.
– Melauthaur już raz zmienił miejsce swojego „zamieszkania”. Z miejsca, z którego ja pochodzę, trafił do Avernusu. W jaki sposób — nie wiem. — powiedział Ambraxas — A jeśli faktycznie udało im się połączyć jego duszę z ciałem, podejrzewam, że będzie w stanie zrobić to ponownie.
— Jest tak, jak powiedziałem. Melauthaur jest uwięziony. – zapewnił diabeł.
Ambraxas odwrócił się w stronę Felixa.
– W takim razie musimy jak najszybciej dostać się do tej twojej góry.
Varikas odpowiedział za kapłana.
– Najlepiej wędrując na północ.
Pstryknął palcami. W płomieniach zawisła gorejąca mapa.
– Macie ją. Zaznaczyłem lokalizację góry.
Felix chwycił mapę. Po chwili zapytał:
– Wiesz, czego powinniśmy się spodziewać, kiedy ruszymy po ten artefakt?
– Nawet diabły nie wiedzą wszystkiego – odparł Varikas. – Mnie Selûne nie interesuje. Selûne interesuje ciebie. – Wskazał palcem Felixa.
Ambraxas zmrużył oczy.
– Skoro przychodzi ci tak łatwo, żeby nam o tym wszystkim mówić, musi to leżeć w twoim interesie.
– Oczywiście – przyznał diabeł. – W moim interesie leży wasze powodzenie. Krąg Popiołów planuje coś wielkiego, a ja nie chcę, żeby im się udało. Potrzebuję, żebyście byli gotowi na to, co nadejdzie.
– Czyli wiesz, co nadejdzie – przerwał mu Drakon – tylko nam nie mówisz.
– Ambraxasie, Ambraxasie – westchnął Varikas. – Nie łap mnie za słowa.
– Coś kręcisz – stwierdził Ambraxas.
– Oczywiście, że kręcę – uśmiechnął się diabeł. – Jestem diabłem. Nie jesteście gotowi na to, co ma nadejść… cokolwiek by to było. Ale te wszystkie przygody sprawiają, że stajecie się coraz pewniejsi siebie. Tego potrzebuję. A jeśli się wam uda, nagroda czeka na wszystkich.
– Wyruszymy na północ od razu – oznajmił Ambraxas.
– No i dobrze. Skończyliśmy plotkować.
I tak jak Varikas się pojawił, tak zniknął, pozostawiając po sobie ciszę.
Drużyna długo jeszcze rozmawiała o jego słowach. O tym, że smoki próbują dostać się do Piekieł. O podejrzeniu, że chcą odebrać Księgę Popiołów Asmodeusowi. Jeden smok nie miałby szans, ale cały Krąg Popiołów… to było już coś innego. Wciąż jednak nie wiedzieli, po co właściwie potrzebna im była ta księga.
Bractwo zaczęło przygotowania do dalekiej podróży na północ. Felix rozważał trasę przez Luskan — swoje rodzinne miasto — choć nie leżało ono po drodze. Chciał dowiedzieć się, czy śledztwo w sprawie jego rodziców ruszyło naprzód. Od lat tam nie wracał, a odkąd dołączył do Bractwa Złotej Włóczni, niemal całkowicie porzucił własne poszukiwania. Ustalili, że zajrzą tam w drodze powrotnej.
Teraz czekała ich wielotygodniowa podróż na północ. Hilda, wiedząc, że na krańcach świata mogą czekać ich mordercze mrozy, odebrała od Pellie swój amulet. Przed nimi była długa i trudna droga.