Zamarznięte jezioro znów zaczęło przypominać martwą, białą pustynię. Poszarpana wcześniej tafla uspokajała się, a pęknięcia, które jeszcze przed chwilą groziły pochłonięciem wszystkiego dookoła, powoli zamarzały, jakby sama natura próbowała zatrzeć ślady niedawnej rzezi. Gdy emocje i kurz po bitwie opadły, a bohaterowie zaczęli opatrywać swoje rany, nad tym cichym, lodowym krajobrazem unosiło się ciężkie, przytłumione milczenie.
Nieven spojrzał na swoje dłonie. Przez chwilę obracał je przed oczami, jakby sprawdzał, czy wciąż należą do niego, po czym parsknął krótkim, gorzkim śmiechem.
— Oczywiście że tak… — powiedział.
Członkowie bractwa spojrzeli na niego pytająco.
— Varikas dał mi zlecenie i teraz pewnie uznał je za skończone.
Z jego dłoni zaczęły wydobywać się iskry. Najpierw pojedyncze, potem coraz intensywniejsze, aż wokół niego zatańczyły drobne języki ognia. Po chwili Nieven zniknął, jakby pochłonął go płomień — dokładnie tak samo, jak znikał sam Varikas. Wszyscy mieli nadzieję, że elf wyszedł z tego cało.
Ambraxas skierował wzrok na truchło smoczego licza. W jego piersi wciąż biło dziwne serce — nienaturalne, pulsujące ciężko, wyglądające jakby zostało stworzone w połowie ze smoczego serca, a w połowie z ludzkiego. Drakon chwycił zwłoki za nogę i zaczął ciągnąć je w stronę brzegu jeziora. W tym czasie Felix dochodził do siebie po lodowatej kąpieli, jego ciało drżało jeszcze z zimna, natomiast Hilda nie odrywała wzroku od swojej siostry.
Pellie wciąż wyglądała tak, jakby nie do końca wiedziała, co dzieje się wokół niej. Jej spojrzenie było puste, ruchy spowolniałe, jakby nie była pewna, czy to wszystko jest snem, czy jawą. Łowczyni zdjęła ze swojej piersi znaleziony wcześniej amulet i ostrożnie zawiesiła go na szyi siostry. Przedmiot miał rozgrzewać swojego nosiciela, a wciąż wycieńczona młoda hobbita potrzebowała tego bardziej niż ktokolwiek inny. Hilda uchwyciła jej dłoń i razem zeszły z tafli jeziora, podążając za Ambraxasem.
Hilda odnosiła wrażenie, jakby duch Pellie nie znajdował się do końca w tym miejscu. Coś w niej pozostało, a pełna świadomość nie wróciła. Mimo to szła o własnych siłach, wlokąc nogami po lodzie, jakby każdy krok wymagał od niej ogromnego wysiłku.
Udali się do małej jaskini nieopodal jeziora, tej samej, w której wcześniej nocowali. Okryci roślinami, które wyrosły dzięki magii Hildy, schronili się przed chłodem i podjęli decyzję co do kolejnych kroków. Ambraxas stanął nad zwłokami licza i zionął w jego stronę swoim smoczym oddechem. Kwas rozpuścił truchło w mgnieniu oka, nie pozostawiając po nim niemal żadnego śladu.
Felix coraz dotkliwiej odczuwał mróz. Wiedział, że musi jak najszybciej osuszyć się po kąpieli w lodowatej wodzie. Hilda podała mu ciepły trunek w magicznym kubku, a Ambraxas wyczarował sycący posiłek dla wszystkich towarzyszy.
Gdy kapłan ustabilizował już swoje ciało, kucnął przy Pellie i wyciągnął dłonie w jej stronę. Na skórze pojawiły się konstelacje gwiazd, z których wydobywało się blade, chłodne światło. Jedno stało się dla niego jasne — hobbitka nie była żywa, ale nie była też martwa. Była zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, jakby jej dusza została rozdarta i znajdowała się w innym miejscu. Jedynym sposobem na jej przywrócenie byłby potężny i mistyczny rytuał, którego nie znał w pełni. Słyszał o nim i wiedział, jak bardzo jest wymagający, a dodatkowo wymagał niezwykle potężnych komponentów, których nawet nie potrafił nazwać.
Kapłan zaczął przygotowywać zaklęcie powrotu do sanktuarium w Wilczych Łęgach. W tym czasie reszta zauważyła, że pogoda zaczęła się uspokajać. Pod koniec dnia dało się nawet usłyszeć ciche kapanie wody z topniejących sopli lodu. To miejsce zostało oczyszczone ze spaczonej smoczej magii, a wraz z tym kończył się pewien rozdział tej drogi, choć jego konsekwencje wciąż ciążyły nad bohaterami.
Gdy Felix był już gotowy, zebrali się razem. Wir magii otulił ich ciała, ciepły i pulsujący, a gdy czar się rozpłynął, znajdowali się już w okrągłej komnacie w podziemiach Zamku Cztery Dęby — w Komnacie Drewnianego Serca. Posadzka wyłożona była skórami i futrami sowodźwiedzi oraz wielu innych zwierząt. Na środku komnaty piętrzyła się sterta smoczych kości, ułożona w formę osobliwego tronu, na którym bez trudu można było zasiąść. To właśnie tutaj Ambraxas przez ostatnie lata gromadził kości i trofea smoków, które zabił.
Hilda wciąż tuliła swoją siostrę, jakby obawiała się, że jeśli ją puści, Pellie rozsypie się niczym krucha lalka. Felix próbował ponownie zrozumieć, co jej dolega, badał ją uważnie, skupiony i milczący, lecz tym razem również niczego nie zdołał odkryć. Ambraxas rozumiał to inaczej — jakby dusza Pellie została rozdarta na dwie części. Jedna połowa wciąż w niej tkwiła, druga została wyrwana i znajdowała się całkowicie gdzie indziej. Gdzie — tego jednak nie wiedział.
Bezsilna Hilda, ogarnięta rozpaczą, wezwała swoich małych przyjaciół z Baśniodziczy, z nadzieją, że oni będą wiedzieli, co stało się z małą hobbitką. W blasku złotego światła na ramieniu łowczyni pojawiły się dwa żuczki, stonoga, motylek oraz siostra Pana Dygotka.
— Ale tutaj zimno. Gdzie ty nas przeniosłaś? Tutaj nie ma nawet liści — powiedział jeden z żuków.
Hilda czym prędzej opowiedziała im wszystko, co się wydarzyło, nie pomijając ani Varikasa, ani jeziora, ani stanu Pellie.
— Czy jesteście w stanie pomóc? — zapytała z nadzieją.
— To jest ta Pellie? Przydałaby jej się trawiasta babeczka. Przecież to takie mierne jest i małe.
— Ja bym jej przykleił liść kasztanowca, to zawsze pomaga — przekomarzały się robaki, krążąc wokół dziewczynki.
— No daj jej, może trawiasta babeczka naprawdę pomoże. — powiedział sarkastycznie Ambraxas.
— Dobrze mówi ten duży. Są dobre na wszystko. — odparły stworzonka z pełnym przekonaniem.
— Nawet na rozdartą duszę? — zapytała Hilda, a w jej głosie brzmiała bezradność.
Zrozpaczona hobbita nie wiedziała już, co robić. Podziękowała im za pomoc, a oni zniknęli w tym samym złotym blasku, powracając do swojej krainy. Wciąż niepewni, jaki obrać następny krok, postanowili ruszyć w stronę domu Jontka i Elwiry — może wiedźma będzie w stanie rozwiązać ten problem.
Gdy tylko wyszli z komnaty, zauważyli, że pogoda w Wilczych Łęgach zaczęła się zmieniać. Przy domach znikały zaspy, a spod cienkiej warstwy śniegu, a w niektórych miejscach nawet z nagiej ziemi, przebijały się pierwsze przebiśniegi. Podziwiając tę przemianę, w łuku bramy dostrzegli sylwetkę dawnego towarzysza — Bao Bei.
Uściskali przyjaciela, którego nie widzieli od ponad pięciu lat. Po krótkiej rozmowie o jego wędrówkach i przygodach Bao, tabaxi, powiedział:
— Doszły mnie słuchy z dalekich, odległych krain, że wy macie z czymś problem.
Ambraxas usunął się na bok i wskazał na Pellie. Tabaxi spojrzał na osłabioną dziewczynkę uważnym, przenikliwym wzrokiem. W drodze do ratusza Hilda wyjaśniła mu, kim ona jest — i od razu dostrzegł podobieństwo. Opowiedzieli mu wszystko: o Varikasie, o jeziorze przy dawnej wieży Vartraxa i o tym, co spotkało Pellie.
Na schodach prowadzących do ratusza natknęli się na Jontka. Siedział tam zgarbiony, z rękami opartymi o kolana i zwieszoną głową. Na ich widok westchnął ciężko i zaczął narzekać, że mały strasznie płacze i nie daje mu chwili wytchnienia. Dodał jednak, że Elwira jest już na nogach, po czym podniósł się i zaprowadził ich do środka.
Czarodziejka wyglądała zupełnie tak jak przed ciążą — wypoczęta, skupiona, z tym samym przenikliwym spojrzeniem. Najpierw spojrzała na nich, a potem jej wzrok opadł na Pellie.
— Ooo… chyba wiem, o co mnie zapytacie. — powiedziała spokojnie.
— Jesteś w stanie nam pomóc? — zapytał Felix bez owijania w bawełnę.
— Skoro wiesz, o co zapytamy, mam nadzieję, że wiesz też, jak się z tym uporać. — dodał Ambraxas.
— Wiem. — odpowiedziała Elwira krótko. — Chodźcie za mną.
Poprowadziła ich do biblioteki znajdującej się na piętrze. Pomieszczenie było okrągłe i przeraźliwie wysokie, a jego ściany w całości pokrywały regały pełne ksiąg. Do półek oparta była ruchoma drabina, umożliwiająca dostęp do tomów na najwyższych poziomach. Elwira pstryknęła palcami, a księgi zaczęły same wylatywać z półek. Otwierały się w powietrzu, kartkowały, jakby same się czytały.
— Gdzieś miałam tę księgę… ech, sama się znajdzie. Herbatki? Kawy?
Drużyna nie odmówiła. Elwira zawołała Jontka, by przygotował napoje dla gości, a sama zaczęła wypytywać Hildę o Pellie i o to, gdzie ją znaleźli. Podzielili się z nią wszystkimi informacjami, nie pomijając żadnego szczegółu. Rozmawiali o Vartraxie i Kręgu Popiołów. Bao wspomniał o księdze, której poszukuje Krąg.
— Jedyna księga, która miałaby taką moc… — Elwira zamilkła na chwilę.
Nagle zerwała się, pstryknęła palcami i jedna z ksiąg wleciała jej prosto w dłonie. Szybko przewertowała kilka stron.
— To wyjaśnia nazwę ich zgromadzenia. Chodzi o Księgę Popiołów. Jest to księga spisana jeszcze przed przybyciem smoków do tego świata. Ponoć zawiera wiele rytuałów. Istnienie tej księgi było jedynie wspominane w historii — sądzono, że nie istnieje.
Felix poczuł, że zna odpowiedź na to, kto może wiedzieć więcej. Bez słowa podszedł do lustra stojącego nieopodal i trzykrotnie wymówił imię tego, z którym nikt nie chciał rozmawiać.
— Varikas. Varikas. Varikas.
Z ciemności pomieszczenia wyłoniła się postawna sylwetka. Był wysoki, rogaty, z dłońmi splecionymi za plecami, jakby od dawna wiedział, że zostanie przywołany. Jego oczy błyszczały czerwienią. Podniósł na nich wzrok.
— Moje gratulacje. — powiedział z delikatnym uśmiechem. — Wykonaliście pierwszy krok. Zrobiliście coś, czego nie potrafił żaden czarodziej, żaden druid ani żaden z tych, którzy nazywają się obrońcami świata. Rozbiliście echo lodu. Złamaliście pętlę, która trzymała dziecko, i udowodniliście, że nie jesteście pionkami.
Zatrzymał się przed Ambraxasem.
Drakon stał wyprostowany, niewzruszony, i patrzył diabłu prosto w oczy, nie cofając spojrzenia nawet na ułamek chwili.
— A ty, synu łańcuchów, wciąż nosisz w sobie głos kogoś, kto cię złamał. — powiedział Varikas spokojnie. — Wiem, czego pragniesz… zemsty… prawdy… imienia.
Potem przeniósł wzrok na Felixa.
— Kolejne dziecko, tym razem księżyca. Szukasz drogi, której nie znają nawet twoi bracia w wierze. Szukasz głosu, który ucichł dawno temu. Ale mogę pokazać ci ścieżkę. Mogę dać ci słowa bogini w noc pełni. — bez pośredników.
W końcu spojrzał na Hildę.
— Odnalazłaś swoją rodzinę. Gratulacje. Ale jeszcze nie wiesz, dlaczego była potrzebna… komu… i co jeszcze może nadejść.
Wreszcie obrócił się i powiedział:
— Macie przed sobą dwie drogi. Obie konieczne i obie wasze. Wybierzcie, którą obierzecie jako pierwszą.
Bohaterowie domyślili się, że chodzi o ścieżkę Ambraxasa lub Felixa. Varikas wspomniał wtedy imię, którego drakon nie słyszał od prawie dwudziestu lat — Melauthaur. Dawny pan i władca Ambraxasa, czarny drakolicz. Na sam dźwięk tego imienia paladyn zacisnął pięści, a jego szczęki stwardniały. Smok musiał odnaleźć sposób na dostanie się do Faerûnu i przybył, by zgładzić dawnego niewolnika-uciekiniera.
— Smok, którego szukasz, nie jest cały — ciągnął Varikas. — Jego echo, echo jego duszy, błąka się po Faerûnie. Prawdziwy, ten, który cię skrzywdził, jest w łańcuchach Avernusu. Krąg Popiołów próbuje scalić oba oblicza. Trzeba odnaleźć źródło, zanim oni zrobią to pierwsi.
Felix spojrzał na drakona.
— Zakładam, że twoja misja jest ważniejsza.
— Felixie… Selûne zamilkła. Została uciszona. — odpowiedział Varikas. — W dawnych czasach pozostawiała światu pieśń jako rytuał. Jest miejsce, gdzie księżyc jest najbliżej ziemi. Na północy, w górach, które pamiętają świat sprzed ludzi, znajdziecie sanktuarium. Jeśli odnajdziesz pieśń Selûne, będziesz mógł rozmawiać z nią podczas pełni. Zadawać pytania. Otrzymywać odpowiedzi — prawdziwe i bezpośrednie. A kiedy nadejdzie czas, być może sama bogini zejdzie do waszego świata, by powiedzieć ci, co robić dalej.
W pomieszczeniu zapadła głucha cisza. Wybór był ciężki. Uprzedzić kult przed sprowadzeniem kolejnego smoka albo uzyskać odpowiedzi na pytania, które od dawna ich dręczyły. Ambraxas nie chciał decydować sam — prowadziła go zemsta, a jego towarzysze mieli otwarte umysły. Reszta drużyny racjonalnie stwierdziła, że ważniejsze jest powstrzymanie smoka i Kręgu Popiołów. Życiowy cel paladyna był już na wyciągnięcie ręki.
Melauthaur znajdował się na południu, w Górach Miecza, nieopodal Phandalinu.
— Wasz wybór. — powiedział Varikas i zniknął w cieniu, pozostawiając po sobie jedynie kilka gasnących iskier w powietrzu.
Elwira, widząc ich zakłopotanie, zaoferowała opiekę nad Pellie. Felix udał się do warsztatu Buridana i odebrał zdobioną klejnotami miseczkę. Buridan wypytywał również Ambraxasa o to, jak sprawowała się zbroja i dokąd zamierzają wyruszyć. Gdy usłyszał nazwę Phandalin, zapytał, czy nie mają wolnego miejsca. Stwierdził, że przydadzą mu się wakacje, a przy okazji odbierze długi od dawnego przyjaciela, Gundrena.
Drakon udał się przygotować wóz do drogi, sprawnie i bez zbędnych słów. Hilda w tym czasie szybko uzupełniła swój kołczan, sprawdzając napięcie cięciwy i rozmieszczenie strzał, po czym dołączyła do reszty. Wkrótce ruszyli.
Gdy tylko opuścili bramę, świat wydał się dziwnie większy niż dotąd, jakby przestrzeń przed nimi nagle się otworzyła. Podążyli na południe, a krajobraz zaczął zmieniać się niemal z każdą godziną. Zima wyraźnie odpuszczała. Im dalej oddalali się od Wilczych Łęgów, tym drzewa rosły rzadsze, lecz wyższe, ich pnie poskręcane jak kości pradawnych, dawno wymarłych zwierząt. Droga falowała pod kołami wozu — raz ginęła pod cienką warstwą śniegu, by po chwili ustąpić miejsca wilgotnej ziemi i pierwszym kępom trawy.
Mijali ludzi na trakcie. Ominęli miasto Neverwinter, podziwiając z oddali panoramę wielkiej metropolii. Wiszące ogrody zdobiły wysokie budynki, a fakt, że miasto wznosiło się na krawędzi klifu, dodawał mu tylko majestatyczności i surowego piękna. Jadąc dalej Złotym Szlakiem w kierunku południa, przejeżdżali obok licznych przydrożnych zajazdów i karczm. Im dalej od miasta się znajdowali, tym droga stawała się bardziej odizolowana, cichsza, jakby cywilizacja stopniowo ustępowała miejsca dzikszym terenom.
W pewnym momencie z naprzeciwka nadjechała karawana. Byli to wędrowni pielgrzymi Selûne, ubrani w białe i srebrne szaty. W dłoniach nieśli srebrne latarnie, które nawet za dnia zdawały się łapać światło w szczególny sposób. Na widok Felixa padli na kolana, mówiąc z wyraźną ekscytacją:
— Wybraniec księżyca kroczy między nami.
Felix wyjrzał z wozu, uniósł dłoń i pobłogosławił ich. Zamienił z nimi kilka słów, po czym przeprosił, tłumacząc, że goni ich czas. Pielgrzymi, pełni uwielbienia, podziękowali i ruszyli dalej w swoją stronę, jeszcze długo oglądając się za odjeżdżającym wozem.
Podążali traktem aż dotarli do Szlaku Trzech Dzików, nazwanego tak na cześć trzech wzgórz przypominających sylwetki dzików spoglądających na drogę. Gdy mijał ich kolejny wóz, do ich uszu dotarły szepty siedzących na nim kupców:
— Ej, ej… to ci, co zabili Vartraxa. Przysięgam, cały region o nich mówi.
— Mój kuzyn twierdził, że są smokami w przebraniu — odpowiedział drugi.
Kilka godzin później, gdy dzień chylił się już ku końcowi, a światło zaczęło przybierać ciepłe, przygaszone barwy, droga zwęziła się pomiędzy dwoma ogromnymi głazami. Wtedy z krzaków wyskoczyła nagle duża grupa mężczyzn. Uzbrojeni byli w łuki i topory, mieli na sobie poszarpane płaszcze. Ich twarze wyglądały na zmęczone, oczy zaś pełne desperacji. Było ich wielu i na pierwszy rzut oka widać było, że nie są zawodowcami.
Ich przywódca wyszedł na przód, nieświadomy, na kogo patrzy.
— Dobra, mieszczuchy — rzucił chrapliwie. — Sakwy na ziemię… broń też. Nikt nie musi ginąć.
Wyciągnął w ich kierunku kordelas. Za nim stało kilkunastu bandytów — u niektórych w oczach czaił się strach, ale głupia odwaga, podsycana liczbą i desperacją, wyraźnie brała górę.
Bao zeskoczył z wozu i stanął naprzeciw bandytów, spokojny, lecz skupiony. W tej samej chwili Ambraxas krokiem przez mgłę pojawił się tuż za ich przywódcą. Jednym ruchem złapał go za kark i uniósł w powietrze. Smocze szpony delikatnie, lecz boleśnie wbiły się w szyję bandyty. Człowiek zaczął się wywijać, jego nogi bezradnie zawisły nad ziemią, a z gardła wyrwał się paniczny krzyk.
— Aaaa! Puść mnie! Zaraza… czarodzieje! — wrzeszczał, szarpiąc się bez skutku.
Bao podszedł bliżej. Z każdym krokiem jego moc Ki promieniowała coraz silniej z ciała, niemal wyczuwalna w powietrzu.
— Jesteście pewni, że macie jakiekolwiek szanse… — powiedział niskim, spokojnym głosem — w jakiejkolwiek liczebności… przeciw bohaterom, którzy pokonali wielkiego smoka, latającego jeszcze niedawno nad tymi ziemiami?
Wśród bandytów rozległy się nerwowe szepty.
— Jakiś diabeł!
— To na pewno nie oni…
— Ja tam nie chcę z nimi…
Jeden z mężczyzn odwrócił się i rzucił do ucieczki, znikając w zaroślach. Ambraxas obrócił się w stronę reszty zgrai, wciąż trzymając ich przywódcę za kark.
— Jeśli wam życie niemiłe, to wypad mi z drogi.
Po tych słowach wydał z siebie potężny, smoczy ryk, który odbił się echem od głazów i drzew. Następnie cisnął przywódcę na ziemię u stóp bandytów. Drakon odwrócił się bez oglądania i ruszył w stronę wozu.
Bohaterowie wsiedli na wóz i ruszyli dalej traktem. Przerażeni bandyci zaczęli się powoli cofać, aż w końcu rozeszli się na boki, robiąc im przejście. Gdy mijali ich Buridan, złośliwie uśmiechnięty, rzucił kamieniem, trafiając jednego z nich prosto w hełm. To wystarczyło — bandyci w panice rozbiegli się po lesie, znikając między drzewami.
Następnego dnia wóz dotarł do Phandalinu — nowego miasta zbudowanego na ruinach starego. Było to miasto górnicze, pełne krasnoludów i gnomów, sklepów, stoisk i straganów z ekwipunkiem potrzebnym w kopalniach. Gdzieniegdzie stały wózki górnicze wypełnione kruszcem, a wszystko wskazywało na to, że w ostatnich latach miejsce to przeżywało prawdziwy renesans. W centrum dominowały starsze, drewniane budynki, natomiast im dalej od niego, tym częściej pojawiała się nowa, solidna kamienna zabudowa.
Gdy wjechali do serca miasta, Buridan zeskoczył z wozu i rzucił przez ramię:
— Dobra. Idę do sklepu Bartensa, a potem idę się schlać.
Zatrzymali się pod posągiem Bohaterów Phandalinu. Przedstawiał znanego im z opowieści krasnoluda Thragriego, ludzkiego druida, kapłankę Tempusa oraz półorczycę dzierżącą ogromny topór dwuręczny. Hilda, patrząc na okoliczne góry, opowiedziała im to, co wiedziała o tym regionie:
— Phandalin stoi u bram Gór Miecza. Ciągną się one długo na południe, aż do samego Waterdeep. Są rozległe i mają przejezdne drogi, ale w końcu trakt się kończy i zaczynają się dzikie odstępy.
Zdecydowali się zostawić wóz w mieście. Przechodząc między straganami, natknęli się na Buridana, który głośno krytykował jakość kuszy, którą zamierzał kupić. Gdy zapytali go, czy chciałby ruszyć z nimi w góry w poszukiwaniu smoków, jego oczy rozszerzyły się z ekscytacji.
— Smoki? Oczywiście, że idę! — zawołał. — Akurat ten jegomość sprzedaje strzały na smoki.
Zaprezentował im towar, pokazując groty.
— Każda daje śmiertelną dawkę trucizny.
Bao, odporny na trucizny, bez wahania dotknął ostrza.
— Nie działa.
Sprzedawca, nie wierząc, również dotknął zatrutego grotu. Chwilę później z jego ust popłynęła piana, a on sam osunął się bezwładnie na ziemię. Paladyn zareagował natychmiast, klękając przy nim i przywracając go do życia swymi boskimi mocami.
Felix próbował jeszcze przekonać sprzedawcę, by dał im zniżkę, pochylając się nad kontuarem i mówiąc spokojnym, rzeczowym tonem.
— Czy ty mnie, synku, próbujesz zastraszyć? — burknął handlarz, zerkając nerwowo na paladyna i bandę potężnych towarzyszy stojących obok. — Bo to działa. Wszystko półdarmo.
Hilda bez słowa złapała kołczan ze smoczymi strzałami i odeszła od straganu. Sprzedawca zauważył jej ruch, lecz hobbita tylko oglądała swoje nowe strzały, obracając je w palcach z wyraźnym zainteresowaniem. Zapłacił za nie Felix, a ona, zadowolona, dołączyła do reszty. Kapłan tymczasem ruszył dalej, wypatrując kolejnych sklepów.
— To co, Buridan, idziesz z nami? — zapytał Ambraxas.
— Idę z wami — odpowiedział kowal bez wahania.
— To ruszaj swój krasnoludzki zad! — zaśmiał się drakon.
Mając w pamięci słowa Hildy o drodze przez Góry Miecza, zdecydowali się zostawić wóz i dalszą podróż odbyć pieszo.
Przechadzając się po Phandalinie, mijali wiele ciekawych miejsc i straganów, pełnych towarów kuszących podróżnych i górników. Uwagę Felixa przykuł jednak namiot wyglądający wyjątkowo mistycznie. Jego płótno zdobiły symbole i wzory, które zdawały się delikatnie poruszać, gdy patrzyło się na nie zbyt długo. Z ciekawości wszedł do środka, a Hilda i Ambraxas podążyli za nim.
Wnętrze namiotu było wypełnione bibelotami, słoikami pełnymi rozmaitych ingrediencji, przeróżnymi artefaktami i wisiorkami. Pośrodku stał okrągły kontuar, a za nim znajdowała się czwórka dzieci, które jednocześnie rozpisywały różne księgi i notatniki. Ambraxas natychmiast wyczuł diabelską moc emanującą z tego miejsca, choć wiedział, że nie była to obecność Varikasa.
Dzieci odwróciły się w ich stronę.
— Witajcie w sklepie czarów — powiedziały chórem. — Czym mogę służyć? Nie przejmujcie się moim wyglądem. Zaklęcie poszło nie tak i teraz jestem dwunastką dzieci.
Felix zaproponował pomoc w zamian za zniżkę. Dzieci jednogłośnie zaakceptowały ofertę. Ambraxas bez zbędnych słów rozproszył czar. Postacie dzieci zlały się ze sobą, a w ich miejscu pojawił się kupiec. Nie pasował do tego miasta — ubrany w fikuśne, barwne szaty, wyglądał, jakby przybył z dalekiego południa, z krain, gdzie świat pochłonięty był pustyniami.
Kupiec ukłonił się nisko i podziękował im za pomoc. Zapytany o znaną im już energię, odparł bez skrępowania, że nie ukrywa swojego pochodzenia — był diabłem. Z zainteresowaniem spojrzał na zbroję Ambraxasa, wspominając, że wykonał ją Buridan. Pochwalił kunszt kowala i dodał, że sam współpracuje z jednym krasnoludem i bardzo ceni ich lud.
Felix zapytał o konkretny amulet i kostur. Diabeł pstryknął palcami, a przedmioty natychmiast pojawiły się w jego dłoniach.
— Ach, wszystko, czego dusza zapragnie — powiedział z uśmiechem. — Za cenę niewielką… lub dużą. Zależy, ile jesteś w stanie zapłacić za te przedmioty.
Gdy Felix zapytał o cenę, kupiec spojrzał na niego uważnie.
— Jak dla ciebie… wspomnienie — odparł cicho. — Bardzo ważne i bardzo cenne. Takie, które posiadasz, ale którego nie pamiętasz, że je posiadasz.
Felix dopytywał jeszcze o cenę, próbując wydobyć z diabła coś więcej, lecz ten tylko uśmiechnął się pod nosem i zaproponował pomoc w zamian za przysługę. Powiedział, że wie, kim są, że jeden z jego pobratymców brata się z nimi i że doskonale wie, kto skierował ich do tego miasta. Ambraxas i Hilda, mając już dość jego gierek, wyszli z namiotu, zostawiając Felixa samego z kupcem.
— Skoro udajecie się na południe — ciągnął diabeł — jest tam coś, czego potrzebuję. Jeden z moich współpracowników zakopał pewien… dziwny ametyst. Jest dla mnie ważny, ale nie mam czasu, by samemu po niego sięgnąć. Jeśli zdobędziesz go dla mnie, otrzymasz jeden z przedmiotów, o które prosiłeś.
Felix poprosił o chwilę, by móc przedyskutować to z towarzyszami. Ci jednak nie byli skorzy do pomocy — nie ufali diabłu i nie chcieli wikłać się w kolejną niejasną umowę. Mimo to Felix podjął decyzję sam. Gdy odwrócił się, by ponownie wejść do namiotu i potwierdzić swoje zobowiązanie, zobaczył, że namiotu już nie ma, jakby nigdy nie istniał. Umowa została zawarta.
Nie marnując więcej czasu, opuścili Phandalin i ruszyli na południe, w stronę Gór Miecza. Ścieżka zaczęła piąć się w górę, a trakt, choć węższy, był wciąż dość dobrze zachowany. Co jakiś czas mijali samotne domostwa na uboczu oraz pasące się owce na górskich zboczach. Nad ranem, gdy słońce zaczęło wychylać się zza ostrych szczytów, dostrzegli na trakcie ślady — odbicia szerokich butów. Nie było wątpliwości, że należały do krasnoludów i że ich właściciele podążali w tym samym kierunku co oni.
Cały dzień minął im na spokojnej wspinaczce ku górskim graniom. Drugiego dnia, jeszcze przed świtem, gdy świat spowijała szarość, najpierw usłyszeli odległy wybuch, a chwilę później zobaczyli snop ognia wznoszący się ponad wzgórzem, które przecinało im drogę. Cała drużyna zerwała się na nogi. Widząc słup ognia, podejrzewali, że właśnie tam zmierzają.
Felix spróbował za pomocą magii odnaleźć ametyst, którego obiecał odszukać, lecz nie wyczuł żadnego śladu. Ruszyli dalej. Dotarli do miejsca, w którym droga wyraźnie się zwężała — gdyby mieli ze sobą wóz, musieliby go tu porzucić. Cały dzień zajęło im kluczenie pomiędzy wzgórzami w kierunku celu.
Wieczorem natknęli się na cztery krasnoludy siedzące przy ognisku. Ich twarze były wyraźnie zmęczone, lecz broń wciąż mieli pod ręką. Namioty były poszarpane, a na okolicznych kamieniach widniały ślady kwasu i ognia, co jasno sugerowało, że dzień mieli wyjątkowo ciężki. Krasnoludzki dowódca wstał i zmierzył bohaterów surowym spojrzeniem. Był starszym krasnoludem, z wapniejącą brodą i spalonymi rękawami.
— Ooo… coś cie za jedni — mruknął.
Ambraxas odpowiedział mu w krasnoludzkim:
— Witaj, przyjacielu. Widzę, że ciężki dzień za wami.
Reszta krasnoludów również wstała. Na ich czele stanęła krasnoludzka kobieta, sądząc po postawie i ekwipunku łuczniczka. Za nią znajdowali się pozostali — jeden, wyglądający na inżyniera, nosił przy pasie charakterystyczne metalowe kule z rurkami, a drugi, spokojny i opanowany, musiał być krasnoludzkim klerykiem.
Dowódca krasnoludów splunął w bok i zacisnął dłoń na rękojeści broni.
— Cholerą jasna… zostaliśmy zaatakowani przez smoka, którego tropimy.
Zapytany przez Ambraxasa, jakiego rodzaju był to gad, odpowiedział bez wahania:
— Poleciał w kanion. Czerwony smok. Smocza matrona, która składa tu jaja. Szukamy jej krwi.
— Mówi się — wtrącił krasnoludzki inżynier — że krew tego smoka potrafi zakląć broń żywym ogniem.
— Dobrze się składa — odezwał się Ambraxas spokojnie. — Bo my też szukamy smoka. Przyszliśmy go zabić.
Rozmowa zeszła na smoki, ich naturę, zagrożenia i możliwości, jakie dawały ich szczątki. W pewnym momencie krasnoludzki inżynier zmrużył oczy i wpatrzył się w stojącego z boku kowala.
— Buridan… cholera, nie zauważyłem cię tam.
— Borin Dwukamień! — ryknął Buridan, a jego głos odbił się echem od skał. — Nie sądziłem, że cię tu spotkam. To, panowie, przyjaciel mojego brata Allamarusa. Razem chodzili do szkoły.
Borin rozejrzał się po zebranych.
— Yyy… pozwólcie, że przedstawię resztę kompanii. To jest Tawrun Nieruchoma Dłoń — nasz kapłan Moradina. Mamy też Helgrid Czerwonooką — zna się na górach… i na smokach. No i przywódca naszej kompanii — Durgrom Flametaker.
Starszawy krasnolud wyprostował się dumnie.
— Do usług.
Ambraxas również przedstawił siebie i swoich towarzyszy. Borin opowiedział im więcej o smoku, którego tropili. Nazywał się Mauldrax i był czerwono-psionicznym smokiem. Ambraxas z kolei podzielił się informacją, że smok, którego oni poszukują, nosi imię Melauthaur.
Felix, słuchając rozmowy prowadzonej po krasnoludzku, odezwał się uprzejmie:
— Ambraxasie… czy moglibyśmy przejść na mowę powszechną? Nie chciałbym nikogo urazić.
Borin uśmiechnął się krzywo i odpowiedział Felixowi już w ludzkiej mowie:
— Nie każdy potrafi porozumiewać się w tak pięknym i wysublimowanym języku jak krasnoludzki.
Paladyn szybko streścił reszcie to, czego się dowiedział, po czym dodał z cieniem uśmiechu:
— Wiecie, co jest lepsze od zabicia jednego smoka? Zabicie dwóch smoków.
Gdy Ambraxas zapytał Durgroma, czy mogą rozbić obóz w ich pobliżu, ten zgodził się bez wahania. Resztę wieczoru spędzili na omawianiu strategii potyczki ze smokiem — planów, odwrotów, możliwych zasadzek i sygnałów. Noc minęła bez niespodzianek.
Rankiem wszyscy zwinęli obóz i ruszyli w kierunku wskazanym przez Durgroma. To tam miał polecieć smok i tam miało znajdować się jego leże. Krasnoludy prowadziły ich ścieżką w dół, w stronę wąwozu. Trakt kończył się ostrym zakrętem, za którym krajobraz nagle się otwierał — na polanę pośród rozdartych gór. Po drugiej stronie rozciągał się kanion: potężna, wąska szczelina w ziemi. Jego poszarpane ściany pięły się wysoko ku niebu i niosły echem każdy, nawet najcichszy dźwięk.
Hilda poczuła niepokój. W tym miejscu wyczuwała duże zgromadzenie smoków.
Krasnoludy zaproponowały plan — ukraść smocze jajo i w ten sposób ściągnąć matronę prosto w przygotowaną zasadzkę. Borin uchylił rąbka tajemnicy i wyjaśnił, jak działa jego wynalazek: metalowe kule z rurkami, które nosił przy pasie. Gdy mówił, w jego głosie pobrzmiewała zarówno duma, jak i świadomość, że nadchodzące starcie nie będzie należało do łatwych.
Metalowe kule Borina były w istocie sprytną pułapką. Ułożone w okręgu, po aktywacji raziły prądem każdą istotę, która znalazła się w ich wnętrzu. Rozstawiono je przy wyjściu z kanionu, w miejscu, gdzie wąwóz zwężał się i zmuszałby smoka do przejścia dokładnie przez przygotowaną zasadzkę. Jedna z kul musiała jednak zostać umieszczona dopiero w ostatniej chwili — w momencie, gdy smok wejdzie w krąg. To zadanie przypadło Ambraxasowi. Miał czekać w wyznaczonym miejscu, aż zostanie mu dostarczone smocze jajo, a gdy tylko matrona wkroczy w obręb pułapki, wbić ostatnie urządzenie w ziemię.
Felix wykazał się niewyobrażalną odwagą. Zaproponował, że to on wejdzie do kanionu i zdobędzie smocze jajo, a następnie, korzystając ze swojego daru, zamieni się miejscem z duchem z latarni, który będzie czekał z resztą drużyny. Ambraxas podał mu swoją Torbę Przechowywania, do której kapłan miał schować jajo. Tuż przed wyruszeniem Felix pobłogosławił się czarem Osłony przed Śmiercią i, z imieniem Selûne na ustach, ruszył w głąb kanionu.
Trudno było dostrzec, co kryje się na końcu wąwozu. Choć ścieżka była wąska, nie prowadziła prosto — Felix musiał wspinać się na kamienie i przeciskać pomiędzy ostrymi skałami. W oddali, na jednej ze ścian szczeliny, stał młody czerwony smok. Kapłan ledwie go zauważył; łuski bestii niemal idealnie zlewały się z kolorem otaczającego kamienia. Felix skradał się dalej, cicho, krok po kroku, chowając się między głazami. W pewnym momencie smok obrócił łeb w jego stronę, lecz po chwili znów skupił wzrok na wcześniejszym punkcie.
Felix podszedł pod jeden z kamieni. Wtedy usłyszał głośne parsknięcie — tym razem po swojej prawej stronie. Gdy się odwrócił, zobaczył drugiego młodego smoka, którego wcześniej nie dostrzegł. Jego szpony były wbite w kamień, dokładnie ten, za którym krył się kapłan. Serce Felixa zabiło mocniej, lecz nie zawahał się. Przeskakując zza jednego głazu za kolejny, a potem następny, zdołał przemknąć niezauważony.
Dotarł w końcu do niewielkiej doliny ukrytej w wąwozie. Ziemia była tam usłana czerwonymi, pulsującymi smoczymi jajami, jakby wewnątrz nich tlił się żywy ogień. Ich powierzchnia delikatnie drgała, a ciepło było wyczuwalne nawet z odległości. Niedaleko legowiska spał kolejny młody smok, a wokół jaj krążyły smocze pisklaki, skrzecząc cicho i trzepocząc skrzydłami.
Felix poruszał się dalej, powoli i z najwyższą ostrożnością. W tym samym czasie Hilda coś poczuła. Daleko, dziewięć kilometrów za nimi, przez przestworza pędził smok — i zbliżał się szybko. Kapłan Selûne wychylił się zza jednego z głazów i uświadomił sobie, że czegoś brakuje. Nie było tu smoczej matki.
Smok śpiący w legowisku nagle uniósł łeb, jakby podekscytowany. W tym samym momencie pozostali, czekający przy pułapce, poczuli potężny podmuch wiatru wywołany uderzeniem ogromnych skrzydeł. Bestia przeleciała nad nimi, nie zwracając na nich uwagi, i skierowała się górą prosto w stronę legowiska.
Felix usłyszał skrzek młodych, narastający smoczy gwar i kolejne uderzenia skrzydeł. Ich siła sprawiła, że fragmenty skał osunęły się ze ścian wąwozu. Z cienia szczeliny powoli wpełzła smoczyca. Spojrzała na swoje jaja i zionęła ogniem, by je ogrzać. Płomień wypełnił całą dolinę.
Ogień otoczył Felixa. Płomienie liznęły jedynie końcówki jego szat — Osłona przed Śmiercią i błogosławieństwo Selûne uchroniły go przed natychmiastową zagładą, lecz kapłan wiedział, że znalazł się w samym sercu smoczego gniazda, a czas przestał być jego sprzymierzeńcem.
Do najbliższego jaja brakowało mu już tylko kilkudziesięciu metrów. Smoczyca nagle zaczęła głęboko wciągać powietrze, jej pierś uniosła się nienaturalnie mocno — wyglądało na to, że wyczuła obcą obecność. Felix słyszał, jak wypowiada słowa, których nie rozumiał, gardłowe i pełne gniewu. Trzy młode smoki, wylegujące się dotąd na ścianach wąwozu, poderwały się i zaczęły przeszukiwać leże. Kapłan, zwinnie kryjąc się za kolejnymi skałami, zdołał uniknąć ich spojrzeń. Dopiero teraz uświadomił sobie skalę zagrożenia — pomiędzy nim a jajem, do którego zmierzał, drzemały setki smoczych piskląt.
Felix uniósł w górę kostur otrzymany niegdyś od Gundrena. Wokół niego zapadła nagła ciemność, jakby światło zostało pochłonięte, a po chwili jego ciało oderwało się od ziemi. Smoczyca zaryczała potężnie, a wszystkie pisklaki zerwały się ze snu. Przelatując nad nimi, Felix zahaczył o jednego z setek smoczych maluchów — z trudem utrzymał się w powietrzu, lecz pisklęta zaczęły kąsać go i pluć w jego stronę iskrami. Ostatkiem sił użył kroku przez mgłę. W jednej chwili zniknął, by pojawić się tuż obok smoczego jaja. Objął je ramionami i natychmiast zamienił się miejscami ze swoją eteryczną kopią.
Na oczach reszty drużyny pojawił się Felix — cały poszarpany, pogryziony, z nadpalonymi szatami — lecz żywy. Trzymał jajo oburącz. Położył je obok Ambraxasa i natychmiast ukrył się za pobliskimi, zwęglonymi pozostałościami drzew. Krasnoludy i pozostali bohaterowie również rozbiegli się, zajmując przygotowane wcześniej kryjówki.
Z daleka nadlatywała już smoczyca.
Paladyn wzmocnił swoją ochronę przed ogniem i czekał. Nie trwało to długo. Mauldrax nadleciał szybko, zabierając ze sobą swoje młode. Ambraxasa wypełniła czysta, paląca nienawiść. Każdy instynkt kazał mu ruszyć naprzód, lecz zmusił się do zachowania planu.
Smoki zawisły w powietrzu, wpatrując się w niego. Ambraxas przemówił do nich w języku smoków, a jego głos niósł się echem po kanionie:
— To ja jestem Darastrixtir! Nadszedł dzień waszej śmierci!
Dwa młodsze smoki znieruchomiały w powietrzu, sparaliżowane strachem. Smoczyca zanurkowała gwałtownie w kierunku drakona i wylądowała dokładnie w miejscu zasadzki. W tej samej chwili Ambraxas wbił w ziemię ostatnią z metalowych kul Borina. Pioruny wystrzeliły z urządzeń, połączyły się ze sobą i oplotły smoczycę, przyciskając ją do ziemi.
Drakon wykrzyczał w jej stronę swoją przysięgę wrogości i ruszył naprzód. Jego włócznia, prowadzona boską energią Hoara, dwukrotnie zatopiła się w cielsko smoczej matki. Smok zaryczał gniewnie, a echo tego dźwięku wstrząsnęło wąwozem.
Z ukrycia wyskoczył Bao i uderzył tuż za Ambraxasem. Wspomagając się właściwościami swojej klanowej biżuterii, wyprowadził szybką, precyzyjną kombinację ciosów w stronę smoczycy. Buridan również ruszył do ataku, biegnąc z młotem w dłoniach.
Smoczyca gwałtownie machnęła skrzydłami. Pułapka rozpadła się z hukiem. Bestia uniosła łeb ku niebu i wydała z siebie straszliwy dźwięk. Fala przeszywającego bólu uderzyła we wszystkich dookoła — wszyscy, prócz paladyna, padli na kolana lub osunęli się na ziemię, ogłuszeni potężnym rykiem.
Smoczyca przeskoczyła nad drakonem, kierując się ku pozostałym. Ambraxas natychmiast wykorzystał tę okazję i ponownie ugodził ją ostrzem włóczni. Bestia obróciła się gwałtownie i zionęła smoczym oddechem, rażąc wszystkich, którzy znaleźli się w jej polu widzenia. Bao padł na plecy, a Durgrom i Helgrid spłonęli żywcem, pochłonięci falą ognia.
Widząc towarzysza leżącego bez ruchu, Ambraxas wezwał kolejne boskie uderzenie z niebios, sprowadzając gniew Hoara prosto na smoczycę. Borin rzucił się w tym czasie na jednego z młodych smoków, tnąc go swoim toporem z pełną siłą. Hilda obrała za cel matkę smoków. Posłała w jej stronę piorunostrzał, używając smoczej strzały — łuk Hoara poprowadził pocisk, który trafił smoczycę w najbardziej wrażliwy punkt. Chwilę później druga strzała również ugodziła bestię.
Felix wbiegł w sam środek walki i rozlał wokół siebie leczniczą magię, podnosząc rannych. Bao poderwał się na równe nogi, pełen sił i gotowy do dalszej walki, a kapłan wsparł go dodatkowo magiczną tarczą wiary. Dwa z młodych smoków były zbyt przerażone, by ruszyć naprzód, lecz trzeci wzbił się w powietrze i uderzył Ambraxasa oraz Buridana swoim ognistym oddechem. Jeden z pozostałych smoków skupił się na Borinie i Tawrunie, podczas gdy ostatni z młodych był zbyt sparaliżowany strachem, by wykonać jakikolwiek ruch.
Ambraxas zadął w swój Róg Walhalli. Pięciu eterycznych, drakońskich berserkerów pojawiło się na polu bitwy, ruszając z pomocą i skupiając uwagę na młodych smokach. Sam drakon nie odpuszczał — wciąż atakował Mauldrax, a krew powoli zalewała jego masywne ciało.
Bao doskoczył do smoczej matrony. Jego ruchy zlały się w płynną, niemal taneczną sekwencję uderzeń, prowadzonych przez wypełniającą go energię ki. Borin w tym czasie po raz kolejny trafił jednego z młodych smoków, rozszarpując jego łuski. Ogromna paszcza smoczycy otworzyła się szeroko, odsłaniając rzędy zakrzywionych kłów. Jej łeb opadł, a szczęki zacisnęły się na Ambraxasie. W odpowiedzi trzy pioruny Hoara uderzyły w nią niemal jednocześnie.
Rozwścieczona bestia machnęła pazurami, trafiając drakona łapą, po czym spróbowała podciąć go ogonem. Kolejne pioruny Hoara spadły z nieba, rozrywając powietrze. Hilda ponownie napięła cięciwę, lecz obie strzały chybiły smoka, który była w pełni skupiony na paladynie.
Felix raz jeszcze uleczył wszystkich towarzyszy w zasięgu swoich czarów i przyzwał duchową broń, by wsparła berserkerów w walce z młodymi smokami. Mauldrax oślepił Bao swoją psioniczną mocą i ponownie zamachnął się ogonem — raz w stronę paladyna, a potem w stronę mnicha.
Ambraxas uderzył tarczą w ziemię. Z miejsca uderzenia rozeszła się potężna fala, która zachwiała smokiem. Gdy bestia obracała się po ostatnim ataku, drakon uchwycił jej ogon i przygwoździł go do ziemi u podstawy kręgosłupa. W tej samej chwili zmaterializował drugą włócznię, uderzył nią w ziemię i wywołał eksplozję świetlistej kopii broni. Wybuch rozerwał rdzeń kręgowy smoka. Jej masywne ciało runęło ciężko na ziemię. Mauldrax — smocza matrona była martwa.
Wzrok tabaxi wrócił do normy. Widząc, że drakon skupił się na głównym przeciwniku, Bao ruszył niczym błyskawica w stronę młodego smoka, z którym walczyły drakońskie duchy. Jego pięści i stopy uderzały jak burza — precyzyjna seria ciosów trafiła w gardło, stawy i podstawę czaszki. Ostatnie uderzenie uciszyło bestię na zawsze. W mgnieniu oka Bao znalazł się już przy kolejnym smoku. Uderzenia przesycone energią ki przeniknęły przez łuski, a gdy potwór próbował zawyć, jego serce zostało rozerwane od środka. Smok padł martwy.
Buridan doskoczył do ostatniego z młodych smoków. Krasnolud wpadł w bitewny szał. Pierwszym uderzeniem młota trafił bestię w pierś, drugim — z rykiem — roztrzaskał jej żebra, a trzecim ciosem z góry rozłupał jej łeb. Smok runął bez życia na kamienie.
Ambraxas podszedł do Borina i Tawruna.
— Przykro mi, że wasi towarzysze ponieśli klęskę.
— Aaa… nie pierwszy i nie ostatni raz — odpowiedział Borin spokojnie. — Zginęli, robiąc to, co kochali.
Krasnoludy spuściły krew ze smoka, napełniając fiolki i dzieląc się zdobyczą. Buridan skrzętnie je spakował.
— Chcecie nam towarzyszyć w wyczyszczeniu leża? — zapytał Ambraxas.
Borin odpowiedział jedynie szerokim uśmiechem.
— Pytasz Thragriego, czy kocha ametysty? Oczywiście.
— Słyszeliśmy o nim — dodał Ambraxas. — Buridan nawet go znał.
— My też go znaliśmy — odezwał się Tawrun. — Bohater Phandalinu, w końcu jakby nie było. Jego pomnik stoi w mieście.
— Słyszałem, że zrobił też swoje w obronie Mithrilowych Hal — powiedział Ambraxas.
Zanim jednak ruszyli dalej, drakon wyciął serce smoczej matki i zabezpieczył je. Felix opowiedział krasnoludom, jak wygląda smocze leże i czego mogą się tam spodziewać. Przed wejściem do wąwozu zrobili krótki odpoczynek, po czym ruszyli w głąb szczeliny — ku leżu smoka.
W drodze Hilda wciąż wyczuwała obecność smoczych piskląt, lecz ich aura słabła z każdym krokiem. Była coraz mniej wyraźna, aż w końcu zniknęła całkowicie. Gdy dotarli do leża, ich oczom ukazała się ponura scena. Smocze jaja traciły swój blask, a pisklaki desperacko próbowały uciekać, po czym padały bezwładnie na ziemię — jakby tylko energia matki podtrzymywała je przy życiu. Jaja i szczątki ciał zaczęły obumierać w przyspieszonym tempie.
Pośród tego rozkładu odsłoniła się góra złota, lecz wzrok Felixa natychmiast przyciągnął dziwny ametyst. W jego wnętrzu znajdowała się osobliwa substancja — coś, co wyglądało, jakby chciało się wydostać, lecz było uwięzione w kamieniu niczym w więzieniu. Kapłan nie miał wątpliwości — to był kamień, którego szukał.
Ambraxas podzielił złoto po równo pomiędzy swoją drużynę a krasnoludy. Zapytał ich również, czy natknęli się na ślady innych smoków w okolicy.
— To nie były jedyne ślady smoka, jakie znaleźliśmy — odpowiedział Borin. — Był jeszcze jeden. Znacznie większy. Nie z tej matrony. Jeśli go szukacie… idziecie w dobrym kierunku.
Ambraxas podziękował im w języku krasnoludów, uścisnął ich dłonie i zaprosił do Wilczych Łęgów, jeśli kiedykolwiek będą w okolicy. Ich drogi rozeszły się w ciszy, a echo kanionu niosło jeszcze zapach ognia, krwi i końca jednego smoczego rodu.