Bractwo Złotej Włóczni wydostało się ze smoczego leża i rozbiło obóz na górskiej polanie — dokładnie w tym samym miejscu, gdzie niedawno jeszcze toczyła się walka z Mauldraxem. Ślady starcia wciąż były wyczuwalne w powietrzu, lecz noc minęła spokojnie. O świcie obudzili się w jasnym, słonecznym poranku, którego spokój kontrastował z niedawnym chaosem. Chłodne górskie powietrze było czyste i ostre, a światło poranka obnażało surowe piękno otaczających ich szczytów.
Buridan nie tracił czasu. Starannie zapakował smoczą krew, zabezpieczając ją na dalszą drogę, po czym wyruszył w podróż powrotną do Phandalinu. Stamtąd, zgodnie z planem, miał później ruszyć dalej, ku Wilczym Łęgom. Reszta drużyny pozostała na polanie, gotowa do dalszej wędrówki. Od miejsca obozu odchodziła wąska ścieżka prowadząca w głąb Gór Miecza, ciągnąca się dalej na południe — niepewna, słabo widoczna, jakby rzadko uczęszczana.
Ostatniej nocy Ambraxas odprawił rytuał przywołania nowego spektralnego wierzchowca. Tym razem eteryczna istota przybrała formę gryfa, którego zarys migotał subtelnym, nadnaturalnym blaskiem. Przez Drakona przepływało coraz więcej boskiej energii, wyraźnie wzmacniającej jego zdolności — moc była stabilniejsza, bardziej posłuszna, jakby odpowiadała na jego wolę z większą łatwością niż wcześniej.
Rejon, w którym się znajdowali, nie był dobrze opisany na mapach. Były to dzikie, opustoszałe tereny, niemal nietknięte przez cywilizację. Pierwszy dzień po wyruszeniu z kanionu upłynął w krajobrazie przypominającym surowe wyżyny — rozległe, kamieniste przestrzenie, poprzecinane nierównymi zboczami i poszarpanymi grzbietami. Im dalej na południe się zapuszczali, tym bardziej świat cichł. Dźwięki, które zwykle towarzyszyły wędrówce, stopniowo zanikały, pozostawiając jedynie oddechy i odgłos kroków na kamieniu.
Drugiego dnia wzgórza zaczęły wznosić się gwałtownie. Ścieżki zwężały się, a czasami znikały zupełnie, jakby ktoś celowo nie chciał, by prowadziły dalej. Zieleń ustępowała nagiej skale, a wiatr tracił swój śpiew — w jego miejsce pojawił się głuchy, jednostajny szum, przytłaczający i niepokojący. Góry stały się ostre i surowe, wręcz monumentalne. Ich szczyty, mimo względnie łagodnej drogi, były pokryte lodem. Mimo to marsz nie sprawiał większych trudności dzięki Hildzie i jej umiejętnościom poruszania się w trudnym terenie. To, co dla innych byłoby przeszkodą, dla niej stanowiło jedynie wyzwanie wymagające skupienia.
Po rozbiciu obozu każdy wykorzystywał wolny czas na trening i samodoskonalenie. Wiedzieli, że muszą utrzymać się w formie i stale poszerzać wachlarz swoich umiejętności — góry nie wybaczały słabości, a droga przed nimi pozostawała nieznana.
Trzeciego dnia czekało ich jeszcze więcej wspinaczki. Zrobiło się wyraźnie zimniej, a wiatr trzaskał o ich twarze, niosąc lodowate podmuchy, które przenikały przez odzież. Świat za nimi stawał się coraz mniejszy, niknąc w oddali pomiędzy kolejnymi pasmami skał. Wszyscy podążali za hobbitką, ufając jej instynktowi i doświadczeniu. Jednak w obawie przed zagrożeniem drakon co jakiś czas wznosił się w powietrze na gryfie, krążąc wysoko i badając okolicę, po czym za każdym razem zdawał szczegółową relację łowczyni. Bao również nieustannie rozglądał się wokół, zwłaszcza gdy Hilda była w pełni skupiona na odnajdywaniu najłatwiejszej trasy.
Na pewnej wysokości pojawił się śnieg. Początkowo była to jedynie cienka warstwa — sucha i twarda, skrzypiąca pod butami. Coś jednak nie pasowało. Nie topniał na dłoniach tak, jak powinien. Z każdym krokiem narastało wrażenie, że coś jest nie tak. Bao jako pierwszy zwrócił na to uwagę. Zauważył, że biel brudzi jego rękawy, zostawiając na nich szarawe ślady. To nie był śnieg. To był pył wulkaniczny.
W tej samej chwili stało się jasne, że musieli zbliżać się do wulkanu. Gdy tylko mnich wypowiedział swoje spostrzeżenie na głos, Hilda skupiła swoje moce na otaczającym ich terenie. Była niemal pewna, że w promieniu dziewięciu kilometrów znajduje się smok. A jeśli faktycznie byłby to czerwony smok, wulkan byłby dla niego idealnym miejscem na leże. W jej myślach to połączenie układało się aż nazbyt logicznie, a świadomość ta zawisła nad drużyną niczym zapowiedź nadchodzącego zagrożenia.
Dalej podążali w kierunku swojego celu. Każdy krok wzniecał niewielkie chmury pyłu, które unosiły się leniwie, by po chwili opaść na ich twarze, broń i ubrania. Smak w ustach stawał się coraz bardziej gorzki, metaliczny, jakby wgryzał się w język. Wiatr w tym miejscu niemal całkowicie ustał. Powietrze było ciężkie i gryzące, nasycone czymś, co utrudniało oddychanie. Każdy wdech palił w gardle, jakby sama góra niechętnie pozwalała im nabierać tchu. Odgłos kaszlu odbijał się echem między skałami, wracając do nich zduszony i nienaturalnie bliski.
Miejsce było martwe. Nie widać było żadnych zwierząt ani ptaków, żadnych śladów życia. Nawet owady zdawały się omijać tę przełęcz szerokim łukiem. Ambraxas rozpoznał zapach, który osadzał się w jego nozdrzach — był to ten sam zapach spalenizny, który poczuł po raz pierwszy w dniu wypowiedzenia przysięgi zemsty, pośród zgliszczy wioski spalonej do cna. Woń rozdrapała dawno zagojone rany i przywołała bolesne wspomnienia z przeszłości. Obrazy ognia, krzyków i ruin wróciły z pełną siłą, lecz zamiast osłabić jego ducha, tylko dolały oliwy do płonącego w nim gniewu.
– Jesteśmy w odpowiednim miejscu – powiedział Ambraxas niskim, pewnym głosem.
– Czyli wszystko idzie zgodnie z planem – odparł Bao, rozglądając się czujnie po okolicy. Jego spojrzenie błądziło po szczytach górskich w poszukiwaniu wulkanu, lecz znajdowali się w wąskiej przełęczy i nie mogli go dostrzec. Mimo to powietrze napływające zza gór niosło ze sobą wyraźny pył wulkaniczny, potwierdzając ich przypuszczenia.
Paladyn bez wahania dosiadł gryfa. Eteryczny wierzchowiec odbił się od ziemi, a Ambraxas wystrzelił w powietrze. Wzniósł się wysoko ponad przełęcz i niemal natychmiast poczuł ulgę — tutaj można było oddychać swobodniej. W oddali dostrzegł wulkan, lecz nie wyglądał on jak typowa góra. Przypominał raczej potężną bliznę w terenie. Całe pasmo wokół było poszarpane, martwe i pozbawione jakiejkolwiek roślinności. Szczyt wulkanu był zapadnięty, jakby coś wciągnęło go do środka. Wokół krateru Ambraxas dojrzał ruiny, jednak z tej odległości nie był w stanie dokładnie rozpoznać zabudowań. Ich kształty sugerowały jednak pozostałości starej twierdzy.
Gryf zapikował w dół i wylądował obok kompanów. Ambraxas opowiedział im o tym, co wypatrzył z góry. Nikt z nich nie słyszał o jakichkolwiek osadach w tym rejonie, a sama obecność ruin tylko potęgowała niepokój. Do celu dzieliło ich jeszcze około piętnastu kilometrów marszu między górami.
Po mniej więcej godzinie drogi po lewej stronie ścieżki dostrzegli kamienny krąg, ułożony nieopodal prowizorycznego traktu, który obrali. Był to krąg menhirów. Większość kamieni była stopiona lub przewrócona, ich powierzchnie zdeformowane przez działanie ekstremalnego żaru. W samym środku kręgu widoczny był jakiś znak. Felix podszedł bliżej i po krótkim przyjrzeniu się rozpoznał go — była to runa ochronna, nakreślona wewnątrz kręgu i wypalona od środka.
Bardzo szybko stało się dla niego jasne, że ktoś próbował tutaj zatrzymać ogień. Próba jednak zakończyła się porażką. Runa wyglądała tak, jakby eksplodowała od wewnątrz, rozrywając strukturę kręgu i topiąc kamień w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widzieli. Zniszczenie było absolutne i nienaturalne, a milczący krąg menhirów stał się kolejnym dowodem na to, z jak potężną siłą przyszło im się zmierzyć.
Zostawili kamienny krąg za sobą i ruszyli dalej. Kolejne kilometry mijały w ciszy przerywanej jedynie szelestem popiołu pod butami i ciężkim oddechem. W pewnym momencie, na jednym ze zboczy, wypatrzyli ogromną wiwernę. Była martwa. Jej szyja została przegryziona i rozdarta jednym, potężnym ugryzieniem, a nadpalone skrzydła nosiły ślady krótkiej, desperackiej walki. Widok nie pozostawiał wątpliwości — wiwerna nie miała żadnych szans i nie walczyła długo.
Zaraz obok jej ciała, dokładnie na trasie, którą obrali, Hilda dostrzegła coś niepokojącego. Popiół w tym miejscu był zbyt równy, nienaturalnie gładki w porównaniu do drogi, którą podążali. Coś z nim było nie tak. Ambraxas ponownie dosiadł swego spektralnego wierzchowca i wzbił się nisko nad ziemią. Lecąc tuż nad powierzchnią, podmuchem skrzydeł rozwiewał drobinki wulkanicznego pyłu na boki. Gdy zawisł nad podejrzanym fragmentem, gryf machnął skrzydłami z większą siłą. Ziemia zapadła się gwałtownie. Pod warstwą popiołu kryła się rozpadlina przecinająca ich drogę. Gdyby nie czujność łowczyni, ktoś z drużyny mógłby wpaść w ukrytą szczelinę.
W tej samej chwili usłyszeli ryk smoka. Nie był blisko, lecz jego echo niosło się długo pomiędzy górami, wibrując w kamieniu i powietrzu. Bao bez wahania przeskoczył nad rozpadliną, a reszta przeleciała na grzbiecie gryfa, po czym ruszyli dalej, kierując się w stronę, z której dobiegł przerażający dźwięk.
Gdy dotarli do zakrętu, ich oczom ukazał się wulkan. Wznosił się nagle, bez ostrzeżenia, jakby wyrastał prosto z ziemi na ich oczach. Był bliżej, niż się spodziewali — ogromny, przytłaczający, dominujący nad całym krajobrazem. Jego zbocza były czarne i czerwone, poprzecinane zastygłymi strumieniami lawy, które spływały w dół niczym blizny po dawnej ranie. Szczyt nie był ostry, lecz zapadnięty. Kaldera otwierała się szeroko jak rozwarte gardło, a z jej wnętrza wydobywała się cienka smuga dymu — leniwa, stała, wijąca się ku niebu. Nie był to dym erupcji, lecz spokojny, regularny oddech, jakby góra spała.
Kolejną rzeczą, na którą zwrócili uwagę, były ruiny. Nie znajdowały się u stóp wulkanu, lecz były usadowione na jego zboczach. Fragmenty murów i wież tkwiły w skale pod nienaturalnymi kątami, nadtopione i zdeformowane, jakby kamień próbował oprzeć się sile, która go przygniatała, i przegrał. Kamienne schody prowadziły donikąd, drogi urywały się nagle nad przepaściami, a całe struktury wyglądały tak, jakby zostały połknięte przez górę i nigdy nie zostały wyplute.
Ciepło dotarło do nich z opóźnieniem. Najpierw poczuli je w kamieniu pod stopami, potem w powietrzu, a dopiero na końcu na skórze. Nie był to nagły żar, lecz narastające uświadomienie, że stoją przed czymś, co było martwe — i już takie nie jest. Hilda zauważyła, że wulkan do niedawna musiał być nieczynny i że coś musiało go obudzić. Ambraxas zdawał sobie sprawę, że smok, który obrał wulkan za swoje leże, wpłynął na otoczenie i spowodował zmiany na przylegających do niego terenach. Bao podzielił się z nimi mądrością zasłyszaną od swojej babki — że smoki zawsze ingerują w to, co je otacza, ponieważ uważają się za najwspanialsze ze stworzeń i to im ma być wygodnie, a nie komukolwiek innemu.
Idąc w kierunku ruin, prowadzili rozmowę o rozerwanej duszy Melauthaura i o potencjale zniszczenia jej części znajdującej się w Faerûnie. Rozważali możliwe konsekwencje, jakie mogłoby przynieść jego unicestwienie, lecz wciąż nie mieli pojęcia, w jaki sposób odnaleźć drugą część duszy, która znajdowała się w Avernusie. Była to wiedza poza ich zasięgiem, przynajmniej na razie.
– Nieważne, jaki to smok, i tak musimy go zabić – podsumował dyskusję paladyn, nie kryjąc determinacji.
– Nie kwestionowałem tego – odpowiedział Bao Bei, spokojnie, lecz z wyraźną czujnością.
Nie mieli lepszego pomysłu, jak po prostu zbadać ruiny. Hilda zaczęła powoli podążać w ich kierunku, uważnie stawiając kroki i obserwując każdy fragment terenu. Ambraxas czuł narastającą presję. Jego przysięga i jego zemsta były coraz bliżej, niemal na wyciągnięcie ręki. Zaczynał tracić cierpliwość, a ostrożność jego kompanów tylko pogłębiała to napięcie.
Zanim dotarli do samego wejścia do wulkanu, ruiny zmusiły ich, by zwolnili. Nie dlatego, że blokowały drogę — po prostu trudno było je minąć. Kamienne struktury rozciągały się u stóp wulkanu jak szkielet dawnej fortecy, częściowo zapadnięty w zbocze, a częściowo stopiony i zdeformowany. Mury nie runęły w sposób naturalny; zostały powyginane, jakby ktoś chwycił je potężnymi dłońmi i wcisnął w skałę, pozostawiając jedynie fragmenty, które nie zdążyły zniknąć.
Nadtopione kolumny stały krzywo, ich kapitele spłynęły w dół niczym wosk. W kilku miejscach kamień przeszedł w czarną, zeszkloną powierzchnię — gładką i martwą w dotyku. Tam, gdzie niegdyś musiały znajdować się dziedzińce, teraz otwierały się szczeliny, z których unosiło się ciepłe powietrze niosące zapach siarki i ognia. To nie były proste zabudowania. Całość sprawiała wrażenie miejsca o dużym znaczeniu, niegdyś chronionego i zamieszkanego.
Pomiędzy ruinami widoczne były ślady dawnego życia. Stopione hełmy, ostrza, których kształtów nie dało się już rozpoznać, fragmenty zdeformowanych płytowych zbroi. W kilku miejscach można było dostrzec wyraźne, głębokie bruzdy w kamieniu — ślady pozostawione przez coś ciężkiego, co poruszało się tędy wielokrotnie, wciąż i wciąż, jakby wydeptując własną ścieżkę.
Hilda zauważyła, że budynki były rozłożone w sposób, który kiedyś musiał mieć sens. Linie murów prowadziły ku jednemu punktowi — ciemnej szczelinie w zboczu wulkanu. To nie był przypadek. To miejsce było bramą. Przy samym wejściu kamień zmieniał kolor, przechodząc w głęboką brunatną czerwień, a powierzchnia skały była gładka i wypolerowana, jakby przez lata ocierało się o nią coś ogromnego.
Masywne kamienne płyty — fragmenty dawnych wrót — leżały roztrzaskane po bokach, nadtopione i wyżarte od środka. Na jednej z nich wciąż widoczne były resztki run: znaki ochronne wykute ręką tych, którzy wierzyli, że ogień da się zamknąć. Runy były wypalone od wewnątrz, podobnie jak te w napotkanym wcześniej kręgu menhirów.
Nie mieli już wątpliwości. Była to warownia wzniesiona po to, by zatrzymać coś we wnętrzu góry.
Szerokie wejście do wnętrza wulkanu ziało przed nimi mrokiem. Z jego głębin dochodził głuchy, powolny dźwięk, jakby odległe uderzenia serca, rytmiczne i ciężkie, rozchodzące się przez kamień.
– To chyba jego leże – powiedział Bao, wpatrując się w ciemność.
– Na to wygląda – odpowiedział Ambraxas, rzucając mu krótkie spojrzenie przez ramię, po czym bez wahania wkroczył do wnętrza góry.
Zanim Felix ruszył za kompanami, przyzwał swoją duchową kopię oraz wsparcie ze strony niebiańskiego stworzenia o wyglądzie skrzydlatego węża, które sam nazywał Soren. Ambraxas, schodząc w dół, wzmocnił się magią, zwiększając swoją odporność na ogień, a reszta drużyny podążyła jego śladem w głąb wulkanu. Spektralny gryf trzymał się kilka metrów za nimi, niemal bezszelestnie.
Pierwsze kroki w głąb były jak przejście przez niewidzialną granicę. Dźwięki z zewnątrz zgasły niemal natychmiast, a nawet echo ich kroków brzmiało inaczej — przytłumione, obce. Przed nimi rozpościerała się ogromna kamienna hala, pierwotnie wykuta w litej skale, a potem brutalnie przekształcona przez ogień. Kolumny stały w równych rzędach, prowadząc wzrok w głąb pomieszczenia. Ich krawędzie były nadtopione niczym wosk świecy, a niektóre przechylały się pod własnym ciężarem, jakby kamień nie był już w stanie utrzymać dawnej formy.
Posadzka była popękana gęstą siecią szczelin, z których sączył się przytłumiony, czerwony blask. Kamień pod stopami był ciepły — nie pozostawało żadnych złudzeń, to miejsce nie stygnęło. Tlenu im nie brakowało, a jednak oddychali tak, jakby góra niechętnie im na to pozwalała, litując się tylko na tyle, na ile musiała.
Hilda dostrzegła na ścianach stare, głębokie runy, wyryte rękami tych, którzy wierzyli, że ogień można okiełznać znakami i rytuałami. Ich linie były surowe, pozbawione ozdób i pełne powagi — były to runy kontroli. Część z nich zachowała się nienaruszona, inne zostały wypalone od środka, jakby coś przebiło się przez zabezpieczenia. W kilku miejscach kamień wokół znaków był spękany, popękany promieniście, jak po wewnętrznym wybuchu.
Zwróciła też uwagę na coś jeszcze. W kilku miejscach popiół na podłodze nie leżał naturalnie — był rozgarnięty i ubity, jakby coś ciężkiego wielokrotnie przechodziło tą drogą. Cisza w hali wydawała się dziwna, nienaturalna, jakby nie była pusta. Jakby ktoś ich obserwował.
Bao z podejrzeniem rozglądał się po sali, próbując namierzyć domniemanego obserwatora. Wtedy dostrzegł posągi wtopione w kolumny i ściany. Strażnicy i wojownicy o startych, bezimiennych twarzach stali w ciemnościach, zespoleni z kamieniem.
– Uważałbym na te posągi, mam złe przeczucie – warknął tabaxi.
Hilda przyjrzała się im uważnie. Były to tylko posągi. Śladów w popiele nie potrafiła jednoznacznie rozpoznać — należały do czegoś ciężkiego, lecz nie był to smok ani odciski butów. Łowczyni zamknęła oczy i skupiła swoją energię magiczną na okolicy, wyczulając pierwotne zmysły.
– Wyczuwam żywiołaki… są nie dalej niż półtora kilometra od nas. No i smoka, oczywiście – wyszeptała.
W tej samej chwili posągi ożyły. Z pęknięć biegnących po ich kamiennych ciałach zapłonął żar, słabe, pomarańczowe światło. Nie było w nich gniewu ani nienawiści — tylko obowiązek. Byli strażnikami smoka. Strażnikami tego miejsca, tego, czym było, zanim ogień wyrwał się spod kontroli.
Kamienne sylwetki oderwały się od ścian i kolumn, a ciepło w hali zaczęło narastać, jakby wulkan głęboko pod nimi poruszył się we śnie. Paladyn podniósł głos:
– Przybyliśmy zgładzić to, co zniszczyło to miejsce.
Słowa te nie wywarły jednak żadnego wrażenia na ożywionych posągach. Stały niewzruszone, ruszając ku nim powoli, nieubłaganie, jakby ich istnienie było jedynie przedłużeniem woli ognia i kamienia.
Felix uniósł dłonie i pobłogosławił otoczenie, tworząc w tym miejscu sanktuarium zmierzchu. Miękkie, półmroczne światło rozlało się po hali, osiadając na zbrojach i skórach towarzyszy niczym ochronny woal, tłumiąc część naporu wrogiej energii. Dodatkowo osłonił Bao tarczą wiary, wzmacniając jego szanse na przetrwanie w starciu z rozżarzonym kamieniem. Soren wystrzelił w powietrze i zawisł przy suficie komnaty, wijąc się w powietrzu, a jego obecność błogosławiła resztę drużyny cichą, niebiańską aurą.
Mnich ruszył pierwszy, niczym podmuch wiatru. Zwinnie przemykał pomiędzy posągami — wir obrotów, uników i nagłych, precyzyjnych ciosów. Każde uderzenie było wyprowadzone z perfekcyjną techniką, lecz ciężkie ramiona strażników blokowały większość z nich. Mimo to trzykrotnie kamień pękł pod jego dłonią. Z ciał strażników zaczęły odpadać fragmenty, a z nowo powstałych pęknięć wytryskiwał stopiony kamień, który pryskał na futro tabaxi, raniąc go palącym żarem.
Hilda ruszyła zwinnie pomiędzy nogami towarzyszy i wycofała się na tyły, by uzyskać pełny obraz sytuacji i lepszą pozycję do ostrzału. Oznaczyła pierwszy cel i wypuściła strzałę. Grot wbił się w kamienne wnętrze strażnika, z którego natychmiast wypłynęła lawa. Już po chwili kolejna strzała opuściła cięciwę i również dosięgła celu.
Dwóch kamiennych strażników skupiło się na Bao, pozostałe dwa ruszyły w stronę Ambraxasa. Jeden z nich wszedł w zasięg włóczni paladyna — natychmiast ugodził chodzącą statuę. Gdy fragmenty strażnika odpadły, buchnął w jego stronę ogień, lecz nie wyrządził poważniejszych ran dzięki jego ochronie przed płomieniami. Drakon wymanewrował w bok, ustawiając przeciwników w jednej linii, po czym raził wszystkich stojących naprzeciw siebie smoczym oddechem. Kwas oblał kamienne sylwetki, sycząc i trawiąc ich powierzchnie. Następnie ugodził najbliższego strażnika drugim końcem włóczni, a z nowego pęknięcia znów posypały się iskry.
Felix wyciągnął dłoń w stronę strażnika już wcześniej ranionego przez Bao. Czar zaczął formować się w jego dłoni, lecz oczy kamiennego konstruktu rozbłysły jasnym światłem, a zaklęcie kapłana rozpadło się w bezbarwne iskry. Felix natychmiast wyczuł, że strażnicy są wyjątkowo wrażliwi na magię. Szybko stało się dla niego jasne, że to Hilda, wzmacniając magicznie swoje zmysły, nieumyślnie uruchomiła obronę tego miejsca. Spróbował ponownie, tym razem sięgając po magię leczniczą, lecz i to zaklęcie zostało rozproszone przez strażnika.
Strażnicy stojący przy Bao zaczęli promieniować czystym żarem, po raz kolejny raniąc mnicha. Poparzony Bao Bei odskoczył kilka metrów, z trudem utrzymując równowagę, i skupił swoją energię Ki, by zaleczyć oparzenia. W tym czasie Hilda ponownie ostrzelała tego samego strażnika co wcześniej, lecz obie strzały odbiły się od kamiennej sylwetki, krzesząc iskry i pozostawiając jedynie drobne rysy.
Jeden ze strażników spróbował opleść Ambraxasa magicznymi więzami, lecz te pękły i zgasły — paladyn oparł się ich magii. Czwarty strażnik przemieścił się bliżej centrum walki, stając pomiędzy Ambraxasem a Felixem. Drakon wykorzystał jego chwilową nieuwagę, wyprowadzając pchnięcie włócznią. Żar znów ranił jego łuski, lecz strażnik odpowiedział natychmiast, uderzając płonącą pięścią w twarz paladyna, a kolejnym ciosem trafiając kapłana Selûne.
W tym samym czasie jeden ze strażników doskoczył do Bao. Kamienna pięść trafiła, krzesząc iskry i wypalając ślad ognia w miejscu uderzenia. Inny strażnik, wcześniej skupiony na tabaxi, ruszył teraz w stronę Felixa. Fala żaru buchnęła w Ambraxasa z trzech stron, paląc jego łuski. Drakon odpowiedział kontrą — włócznia przebiła kamienny tors jednego ze strażników. Blask w jego oczach zgasł, a ciało rozsypało się w gruz.
Ambraxas obrócił się płynnie i pchnął włócznią w kolejnego przeciwnika, po czym obrócił broń i tępym końcem rozbił jego głowę. Drugi strażnik obrócił się w pył. Kolejna fala gorącego powietrza uderzyła w twarz Felixa. Kapłan odpowiedział zamachem, uderzając młotem bojowym w rozżarzony kamień strażnika. Fala ognia spłynęła po nim niczym kara parząc ciało.
Mnich rzucił się ponownie do ataku, zasypując jeden z konstruktów gradem ciosów. Kamień kruszał pod jego pięściami, lecz żar w końcu zwyciężył — Bao padł na ziemię bez sił. Hilda natychmiast przeniosła uwagę na kolejnego wroga. Pierwsza strzała minęła cel, druga wbiła się w kamienny korpus.
Dwa ciężkie ciosy strażnika minęły Felixa, rozbijając jedynie powietrze. Konstrukt raz jeszcze spróbowała pochwycić Ambraxasa magicznymi więzami, lecz siła drakona ponownie odrzuciła czar, który rozsypał się w pustkę. W tym samym czasie drugi z pozostałych przy życiu strażników bez litości opuścił swoją pięść na nieruchome ciało mnicha.
Widząc leżącego kompana, Ambraxas wpadł w furię. Jednym potężnym ciosem włóczni uderzył strażnika stojącego obok — kamienna sylwetka rozpadła się w gruz. Bez chwili wahania paladyn rzucił włócznią w ostatniego przeciwnika. Ostrze przebiło kamienne ciało, które pękło, rozsypując się na ziemię wśród iskier i pyłu.
Drużyna szybko okrążyła Bao Bei i zajęła się nim bez chwili zwłoki. Ustabilizowali go, a po krótkiej chwili tabaxi zaczerpnął gwałtownie powietrza i powrócił do żywych, wciąż osłabiony, lecz przytomny. Żar na jego futrze przygasł, a oddech stopniowo się uspokajał. Hilda, gdy tylko upewniła się, że mnich przeżyje, zaczęła zbierać swoje strzały z pola bitwy, wyciągając je z popękanego kamienia i rozsypanego gruzu. W tym czasie reszta towarzyszy opatrywała swoje rany po starciu z kamiennymi strażnikami, leczyli poparzenia i stłuczenia, pozwalając napięciu powoli opaść.
Gdy wszyscy doszli do siebie, ruszyli dalej w głąb wulkanu.
Korytarz prowadzący w dół był niższy i znacznie bardziej nieregularny. Kamień zmieniał tu barwę — dominował brunatny odcień, miejscami przechodzący w czarną, zeszkloną powierzchnię, jakby skała została stopiona i ponownie zastygła. Ciepło w podziemiach było stałe, nie narastało gwałtownie; przypominało raczej żar, który nigdy nie gaśnie, lecz tli się nieustannie w głębi góry.
Korytarz nie był prostą drogą. Tworzył sieć połączonych komór i półkorytarzy, które dawniej musiały pełnić funkcje pomocnicze — być może kuźni, magazynów lub miejsc rytuałów. Teraz ich pierwotne przeznaczenie było trudne do odgadnięcia, ponieważ wszystko zostało zmiecione i wypaczone przez ogień. Kamień pod ich stopami był gładki i wytarty, jakby coś ciężkiego poruszało się tędy tam i z powrotem przez bardzo długi czas. W szczelinach pomiędzy płytami posadzki widać było słaby, pomarańczowy blask, a z pęknięć unosiły się cienkie strużki pary i dymu, które drażniły gardło i utrudniały oddychanie.
Felix po raz kolejny przyzwał swoją spektralną kopię, a drużyna ostrożnie schodziła coraz niżej, rozglądając się uważnie na wszystkie strony.
Wzdłuż korytarza znajdowało się kilka bocznych komór — pozostałości dawnych struktur. Widzieli w nich kamienne stoły, ołtarze oraz masywne bloki pokryte wyżłobionymi runami podobnymi do tych, które napotkali wcześniej. Niektóre z nich były nienaruszone, inne pęknięte, jakby rozsadzone od środka. Runy wciąż były widoczne, lecz ich linie były nierówne i rozmyte, jakby ktoś próbował je przepisać i nie zdążył ukończyć pracy.
W jednej z komór ściany nosiły wyraźne ślady pazurów — głębokie, długie bruzdy prowadzące ku górze i znikające w suficie. Nie wyglądało to na miejsce ucieczki, lecz raczej na punkt podparcia, coś, co wspinało się tu z pełną kontrolą i siłą.
W kolejnej komorze powietrze było dziwnie spokojne. Ciepło wciąż było wyczuwalne, lecz mniej agresywne, jakby ogień został stłumiony. Kamień na ścianach miał jaśniejszy kolor, a runy — w przeciwieństwie do reszty ruin — nie były wypalone. Na środku komnaty znajdował się kamienny krąg, podobny do tego, na który natrafili wcześniej na zewnątrz. W jego centrum widniała runa, nie wypalona, lecz niedokończona.
W obrębie kręgu leżały trzy kamienne misy, pęknięte od żaru, wypełnione resztkami popiołu i zwęglonych ziół. Obok nich spoczywał stopiony metalowy symbol — wciąż rozpoznawalny znak ujarzmianego ognia. Było jasne, że nie było to miejsce kultu. Nad kręgiem, na ścianie, wydrapano napis w kilku językach. Najlepiej zachowany fragment głosił:
„Jeśli to czytasz, jest już za późno.”
Rozglądając się po kręgu, Ambraxas zauważył, że było to miejsce, w którym rozpoczęto rytuał — rytuał nie został zakończony. Jego skutki były już jednak widoczne w strukturze pomieszczenia i w samym wulkanie. Paladyn wiedział, że rytuał da się dokończyć i że jego efekty mogłyby pomóc im w dalszej podróży w głąb góry. Po krótkim namyśle stwierdził, że będą w stanie to zrobić, lecz potrzebowali do tego trzech osób.
Bao przyglądał się wszystkiemu z ciekawością, szkicując magiczne runy w swoim notatniku. Ambraxas wytłumaczył towarzyszom kolejne kroki potrzebne do zakończenia rytuału. Hilda zajęła się składnikami znajdującymi się w misach, Felix wsparł całość modłami do patronów tego miejsca, a sam Ambraxas dokończył rytuał kreśląc runę w centrum kręgu.
Plan drakona zadziałał. Wspólnymi siłami udało im się zakończyć rytuał. Resztki ziół w misach zapłonęły, lecz płomienie nie były gorące — rozeszły się po komnacie chłodną falą. Drużynie wydawało się, że wulkan jakby ucichł, a powietrze stało się lżejsze i łatwiejsze do oddychania. Poza tym nic więcej się nie wydarzyło.
Uznając to za znak, że czas ruszać dalej, opuścili komnatę i podążyli głębiej w dół, ku sercu góry.
Korytarz opadał łagodnie, a z każdym krokiem kamień pod ich stopami stawał się masywniejszy, jakby góra wracała do swojej pierwotnej, niezmienionej formy. Ściany były grubsze i mniej nadtopione, zeszklone fragmenty ustępowały surowej skale noszącej wyraźne ślady dłuta i młota sprzed wieków. To miejsce było starsze, głębiej zakorzenione w samej strukturze góry, nietknięte chaosem w takim stopniu jak wyższe partie.
W końcu przestrzeń otworzyła się nagle, bez ostrzeżenia, na ogromną salę. Była tak wysoka, że sklepienie ginęło w mroku, pochłaniając światło pochodni. Kolumny grube jak pnie pradawnych drzew stały w nieregularnym kręgu, podtrzymując ciężar góry. Ich powierzchnie były popękane, lecz nie stopione, jakby ogień zatrzymał się w pół drogi, niezdolny przebić się dalej.
Pośrodku sali leżał kolos. Gigantyczny kamienny posąg, rozłupany na pół, oparty o zawaloną kolumnę. Jego tors był pęknięty, a wnętrze odsłaniało puste gniazdo — miejsce, w którym niegdyś znajdowało się serce z czegoś więcej niż kamień. Ramiona, masywne jak belki mostu, spoczywały bezwładnie na posadzce, a dłonie wciąż były ułożone w geście ochronnym, jakby do samego końca próbował zasłonić coś znajdującego się za nim. Całość wyglądała nie jak ruina po bitwie, lecz jak egzekucja.
Posadzka wokół strażnika była spękana promieniście, jakby coś o niewyobrażalnej sile uderzało w to miejsce raz po raz. W kilku punktach kamień był nadtopiony w sposób precyzyjny i skupiony, jakby ciosy zadano z intencją — bez chaosu. Tu i ówdzie widoczne były fragmenty dawnych run — ktoś próbował je chronić i podtrzymać, lecz to nie wystarczyło.
Hilda ponownie zwróciła uwagę na wytartą posadzkę. Strażnik poruszał się tu przez bardzo długi czas, walcząc z czymś, co nie przestawało napierać. W powietrzu unosiła się cisza niemal żałobna, ciężka i pełna znaczenia. Musiał leżeć w tym miejscu od dawna.
Dostrzegła również, że za strażnikiem, częściowo przysłonięte jego ciałem, znajdują się runy — nadpalone od środka, lecz wciąż czytelne we fragmentach. Były to runy zakotwiczenia. Można było z nich wyczytać jasno, że ogień miał tam spać, że coś miało zostać utrzymane i uwięzione. Strażnicy nie służyli smokowi. Smok nie był celem tej pieczęci — był tym, który ją złamał.
Ambraxas, po dłuższej chwili obserwacji, stwierdził, że runy są zniszczone. Jednak gdy spojrzał na szkice wykonane przez Bao, coś ułożyło się w jego myślach. Wydawało mu się, że jeśli nakreśli tę samą runę na tej, która wciąż znajdowała się na kolumnie, mógłby ją ponownie aktywować.
Drakon wysunął pazur, zanurzył go we własnym kwasie i zaczął kreślić runę na kamieniu. Każda linia była prowadzona powoli i z precyzją, kwas syczał, trawiąc skałę i pozostawiając wyraźny znak. W chwili, gdy ostatnie linie runy przecięły się ze sobą, symbol eksplodował ogniem. Fala uderzeniowa odrzuciła paladyna do tyłu.
Jednocześnie runa na plecach kamiennego kolosa zajarzyła się światłem. Pomiędzy obiema runami połączył się promień energii, pulsujący jak żyła rozżarzonego metalu. Z wnętrza strażnika buchnął ogień.
Kolos poruszył się.
Kamień zgrzytnął, pęknięcia rozjarzyły się czerwonym światłem, a to, co miało pozostać martwe, wróciło do życia.
Bao zareagował błyskawicznie. Bez chwili wahania wycelował i wypuścił cztery bełty z obsydianowego karwasza prosto w kolosa. Czarne pociski zniknęły w pęknięciach kamiennego ciała, krzesząc iskry i wzniecając ogień w jego wnętrzu. Ambraxas, gdy tylko w pełni zdał sobie sprawę z mocy runy, którą przed chwilą wyskrobał na kolumnie, natychmiast cofnął się o krok i zionął na nią kwasem. Kamień syknął, runa została zniszczona, a promień energii łączący kolumnę z kolosem zerwał się gwałtownie, uderzając w jego plecy i rozsyłając kamienne szczątki po całym pomieszczeniu.
Widząc odsłonięty punkt, paladyn pchnął włócznię w głąb kolosa z pełnym impetem. Felix rozpoczął inkantację. W chwili, gdy czar został rzucony, rozległ się głuchy dźwięk, jakby ktoś uderzył w kamienny dzwon ukryty wewnątrz posągu. Kamień zarezonował, a drobne drgania przebiegły po jego powierzchni, poszerzając szczeliny w masywnym korpusie. Kleryk wycofał się i skrył za jedną z kolumn.
Strażnik odpowiedział gwałtownie. Wyciągnął oba ramiona i chwycił pobliskie kolumny. Przez ułamek sekundy drżały, po czym eksplodowały, wyrzucając gruz w stronę Ambraxasa i Felixa. Kolos sięgnął po ogromny młot leżący obok niego i wyprowadził dwa potężne uderzenia w paladyna. Kamień i stal zderzyły się z hukiem, który rozszedł się po całej sali.
Gdy strażnik skupił się na drakonie, Bao wycelował w ziejący otwór na jego plecach. Kolejne bełty z obsydianowego karwasza wbiły się głęboko w ciało konstruktu. Hilda wymierzyła spokojnie. Dwie strzały, niemal jak wyrok, dosięgły celu i wbiły się głęboko. Kamienne ciało kolosa zaczęło pękać, aż w końcu eksplodowało, odsłaniając szkielet wykonany z czarnego metalu. Jego powierzchnię pokrywały ogniste wyładowania — wyraźne źródło zasilania całej konstrukcji. Odłamki wystrzeliły na wszystkie strony, lecz drużynie udało się ich uniknąć.
Ambraxas, widząc odsłonięty metalowy szkielet, pchnął włócznią raz jeszcze, przebijając cel. Boska energia wybuchła w pęknięciu. Włócznia trafiła ponownie — tym razem bez magii, tylko stalą i siłą — a następnie paladyn obrócił broń i tępym końcem uderzył w kręgosłup kolosa. Chwilę później boska energia eksplodowała z opóźnieniem. Wykorzystując moment zachwiania strażnika, Felix wypuścił smugę światła, która uderzyła w cel i rozbłysła oślepiającym blaskiem.
Strażnik wbił obie pięści w ziemię. Posadzka zatrzęsła się gwałtownie. Wszyscy, prócz drakona, stracili równowagę i padli na ziemię. Kolos, wyprowadził kolejny cios w stronę Ambraxasa. Pięść ciężka jak góra uderzyła paladyna z ogłuszającym hukiem. Cała komnata zadrżała, a z sufitu posypały się odłamki kamienia.
Bao zwinnie poderwał się z podłogi, przyklęknął i szybkim ruchem nadgarstka wypuścił dwa bełty. Oba zatopiły się w metalowej konstrukcji. Strażnik po raz kolejny uderzył w drakona, obijając jego korpus. Wtedy Hilda wskoczyła na jedną z powalonych kolumn, nałożyła strzałę na łuk, wzięła głęboki oddech, naciągnęła cięciwę do granic możliwości i wypuściła strzałę. Pocisk poszybował idealnie, przebił głowę kolosa, która eksplodowała na dziesiątki drobnych fragmentów.
Gdy reszta metalowego szkieletu runęła nieruchomo na ziemię, blask i żar w runach zgasły. Sala zapadła w ciszę tak głęboką, że słyszeli jedynie własne oddechy. Po chwili gdzieś w głębi ziemi rozległ się niski, długi dźwięk — przesunięcie ciężaru, jakby coś naprawdę poruszyło się w trzewiach góry.
Po przeciwległej stronie sali otworzyło się przejście. Kamień był tam zeszklony i gładki, a ze szczelin biło światło jaśniejsze niż dotąd. Zapach magmy stał się wyraźniejszy i cięższy.
Bao spojrzał na kolejny tunel prowadzący w dół.
– Czy to wam nie wygląda na miejsce, do którego powinniśmy dotrzeć?
– Na pewno w tamtym kierunku musimy iść, ale najpierw muszę się opatrzyć… trochę oberwałem – odpowiedział Ambraxas, ledwo trzymając się na nogach.
Paladyn opatrzył swoje rany, zebrał się w sobie i wstał na równe nogi. Następnie ruszył w głąb jaśniejącego tunelu, a jego towarzysze bez wahania podążyli za nim. Korytarz prowadził coraz głębiej, otwierał się szerzej, a skała pod stopami stawała się gładka, jakby wypolerowana z premedytacją. Ciepło narastało wyraźnie, pulsując w rytmie, którego nie dało się zignorować.
Tunel otwierał się nagle na przestrzeń tak ogromną, że aż zapierała dech w piersiach. Przed nimi rozciągała się galeria magmy — potężna hala ciągnąca się na dziesiątki metrów, może i więcej, ginąca w drgającym, rozpalonym powietrzu. Dno wypełniała powoli płynąca lawa, morze stworzone z ognia. Jej powierzchnia unosiła się i opadała leniwie, jakby oddychała, a każdy ruch rozświetlał ściany pomarańczowym, pulsującym blaskiem. W oddali, wysoko ponad taflą magmy, widać było fragment nieba — jasny, obcy w tym piekielnym wnętrzu. Musieli znajdować się w samym rdzeniu wulkanu.
Nad jeziorem magmy przerzucone były kamienne mosty i platformy. Niektóre szerokie i solidne, wyglądające na dzieło mistrzowskich rąk, inne wąskie, nadtopione, popękane i wykrzywione przez żar oraz czas. Część konstrukcji zawieszona była na masywnych łańcuchach, które skrzypiały i jęczały przy każdym drżeniu góry, jakby sam wulkan przypominał o swojej obecności. Co jakiś czas ze sklepienia odrywały się fragmenty skały, spadały w dół i znikały w magmie z krótkim, ostrym błyskiem światła i głuchym sykiem.
Temperatura zaczęła powoli, lecz nieubłaganie wycieńczać bohaterów. Pot spływał po skroniach, powietrze było ciężkie i gęste, a każdy oddech wymagał wysiłku. Felix uważnie przyglądał się mostom, dostrzegając, że kamień w niektórych miejscach był kruchy i spękany, a w innych zdradliwie gładki, wypolerowany przez ciepło i drgania. Część platform delikatnie się poruszała, reagując na ciężar ciał, jakby nie były już na stałe zespolone z górą.
Kapłan rozważał wsparcie drużyny magicznymi sztuczkami, które mogłyby ułatwić przejście. Bao rozglądał się czujnie, szukając trasy, która wyglądałaby na choć odrobinę bezpieczniejszą niż ta, na której się znaleźli. Jednak Ambraxas, napędzany żądzą zemsty i niechęcią do zwłoki, nie zastanawiał się długo. Wszedł na jeden z mostów zdecydowanym krokiem. Kamień wytrzymał. Paladyn przeszedł bez problemu na drugą stronę, jakby wulkan sam ustąpił mu drogi.
Hilda, widząc to, bez wahania podążyła za swoim przyjacielem. Jej kroki były lekkie i pewne, a ciało poruszało się w rytmie, który zdradzał doświadczenie w trudnym terenie. Bao był mniej ufny wobec konstrukcji. Ostrożnie stawiał każdy krok, badając kamień przed sobą, lecz i on ostatecznie dotarł na drugą stronę mostu. Jedynie Felix wybrał inną drogę — wyczarował wokół siebie sferę półmroku, a następnie, wspierając się zaklęciem lewitacji, spokojnie przeleciał nad przepaścią, unikając kontaktu z rozgrzanym kamieniem.
Kolejne przejście, wbrew logice samego wulkanu, prowadziło ku górze. W miarę jak się wspinali, ciepło zaczęło się stabilizować. Nie było już narastającym, duszącym żarem, lecz kontrolowanym gorącem, jak w kuźni, w której ogień został ujarzmiony i czeka tylko na rozkaz. Puls wulkanu wciąż był wyczuwalny, lecz nie agresywny — jakby coś głęboko w jego wnętrzu obserwowało ich marsz, świadome, że zbliżają się do miejsca, z którego nie ma już odwrotu.
Potem przestrzeń otworzyła się całkowicie — dotarli do leża.
Było monumentalne. Ściany wznosiły się wysoko, ginąc w mroku, a z licznych szczelin sączyła się lawa, która nie rozlewała się chaotycznie, lecz płynęła posłusznie, zbierając się w pierścieniu okrążającym centralną platformę. Na środku komnaty wisiał ogromny kamienny podest — tron wykuty z samego serca góry, zawieszony nad ogniem niczym ołtarz. Wokół niego piętrzyły się stosy stopionego złota, zdeformowane zbroje, broń i relikty, porzucone bez ładu, jak rzeczy, które dawno utraciły znaczenie.
Na tronie spoczywał smok.
Nie przypominał żadnego z tych, które widzieli wcześniej. Jego ciało było w całości uformowane z płomieni i magmy, nieustannie mieszających się ze sobą. Był tak ogromny, że zdawał się częścią wulkanu — jakby góra wykształciła własną wolę i nadała jej kształt. Łuski, wyglądające jak zastygła lawa, co chwilę twardniały, by zaraz potem eksplodować i rozpłynąć się jak wielkie, pękające bańki magmy. Bił od niego żar niewyobrażalny, niemal namacalny.
Z każdym jego oddechem magma w komnacie reagowała — podnosiła się, rozświetlając ściany oślepiającym blaskiem, po czym znów opadała, posłuszna rytmowi smoczych płuc. Jedno oko Melauthaura było przymknięte, drugie otwarte, lecz nie śledziło ich ruchów. Nie musiało.
Gdy postawili pierwszy krok w głąb komnaty, powietrze zadrżało. Z pyska smoka uniosła się cienka struga dymu, a jego głos nie rozbrzmiał w przestrzeni leża — odezwał się bezpośrednio w ich umysłach.
„Dotarliście daleko.”
Nie była to pochwała. Było to chłodne stwierdzenie faktu.
Smok nie wstał, nie rozłożył skrzydeł, nawet nie zaryczał. Wygrał niezliczoną liczbę bitew i wiedział, że nie musi zaczynać walki od groźby — w przeciwieństwie do Ambraxasa. Drakona rozpaliła nienawiść, pragnienie zemsty i, przede wszystkim, konieczność dotrzymania przysięgi złożonej przed wieloma laty.
Bao odezwał się cicho do paladyna:
– Jeśli twoja nienawiść teraz wygra i na niego ruszysz, to jest już po nas.
Po tych słowach szybko omiótł spojrzeniem leże, szukając najlepszego miejsca do ostrzału.
Smok uniósł magmowy pysk i zaryczał. Powietrze w leżu zaczęło drżeć, a temperatura wzrosła do niewyobrażalnego poziomu. Drużynie udało się przetrwać tę falę gorąca, lecz był to dopiero początek. Melauthaur, widząc wszystkich wrogów skupionych w jednym miejscu, bez chwili wahania zionął ogniem.
Ambraxas osłonił się tarczą pobłogosławioną przez Hoara. Płomienie spłynęły po jej krawędziach jak woda po kamieniu. Reszta drużyny zdołała uskoczyć lub osłonić się częściowo, lecz nie obyło się bez ciężkich oparzeń. Ziemia zapłonęła, a kamień pod ich stopami zaczął się roztapiać, zamieniając pole walki w zdradliwą pułapkę, niemal uniemożliwiającą manewrowanie.
Bao zwinnie odskoczył w bok, unikając najgorszego. Smok, pod wrażeniem ich wytrzymałości, raził ich smoczym oddechem ponownie. Tym razem nie wszyscy zdążyli się osłonić.
Ciało hobbitki ugięło się i runęło wprost w płonącą pułapkę. Ogień oplótł ją bezlitośnie, przepalając skórę, a w powietrze uniósł się zapach spalenizny. Gdy płomienie w końcu opadły, na jej ciele pozostały głębokie oparzenia i zwęglone rany. Łowczyni leżała nieruchomo pośród tlącego się gruzu, a ogień jeszcze przez chwilę dogasał wokół niej, jakby nie chciał wypuścić swojej ofiary.
Smok poderwał się i odleciał na drugi koniec komnaty, utrzymując swoich „gości” na dystans.
Ambraxas wpadł w furię.
Widząc ciało swej drogiej przyjaciólki, odwrócił się w stronę ognistej bestii i spojrzał jej prosto w oczy. Zrobił krok naprzód, a przestrzeń pękła, jakby ktoś rozdarł samą rzeczywistość. W jednej chwili on i towarzyszący mu Felix zniknęli w migotliwym rozdarciu, by natychmiast pojawić się za smokiem.
Melauthaur wyczuł zmianę dopiero po ułamku sekundy. Nowe zagrożenie stało już za jego plecami.
Paladyn uderzył z całej siły w wewnętrzną stronę tarczy, a zgromadzona w niej moc eksplodowała falą uderzeniową. Powietrze pękło z ogłuszającym hukiem, a impuls energii uderzył w smoka, cofając jego rozżarzone łuski i rozrywając przestrzeń między nimi niczym niewidzialny taran. Ambraxas uniósł broń i skupił całą swoją wolę na bestii; powietrze wokół niego zgęstniało, drżało od boskiej determinacji, jakby sama rzeczywistość ustępowała przed ciężarem przysięgi. Jego głos zabrzmiał twardo, niosąc się ponad zgiełkiem bitwy:
„Melauthaur… minęło wiele lat od naszego ostatniego spotkania. Złożyłem przysięgę. Dziś zapłacisz za swoje zbrodnie.”
W tej chwili przysięga zapadła ostatecznie — smok stał się jedynym celem, a spojrzenie paladyna było jak wyrok, nieodwołalny i zimny.
Smok odpowiedział rykiem i potężnym uderzeniem skrzydeł. Fala powietrza uderzyła w stojących za nim Ambraxasa i Felixa, zachwiała nimi, po czym Melauthaur wzbił się w górę, by opaść kilkanaście metrów dalej, rozgrzewając powietrze do białości.
Bao Bei przedarł się przez trudny, topniejący teren w stronę Hildy, poruszając się bokiem, lecz ani na moment nie spuszczając wzroku ze smoka. W marszu wypuścił dwa bełty z magicznego karwasza — pierwszy minął cel, drugi trafił, uderzając w smocze ciało z suchym, głuchym trzaskiem. Mnich dopadł do konającej łowczyni i wlał jej do ust miksturę leczniczą. Magiczny płyn zadziałał niemal natychmiast. Hobbitka gwałtownie zaczerpnęła powietrza, oczy rozszerzyły się, a ciało drgnęło, gdy wracała do świadomości.
Smok dostrzegł ten moment. W jednej chwili wpadł w ślepy szał. Jego pierś rozżarzyła się, a gardło zapłonęło gniewem, po czym kolejny smoczy oddech wyrwał się z paszczy. Fala ognia pomknęła prosto w stronę Bao i Hildy. Oboje padli pod naporem płomieni, osuwając się na spaloną ziemię, jakby bestia chciała spalić samą myśl o ratunku.
Melauthaur nie zatrzymał się. Rzucił się na Felixa, a jego pazury spadły z miażdżącą siłą. Cios powinien był go zabić — w tej samej chwili jednak boska ochrona zadziałała. Kleryk rozbłysnął bladym światłem, jakby sama Selûne wstrzymała ostrze śmierci. Felix przetrwał wyłącznie dzięki czarowi ochrony przed śmiercią, osuwając się ciężko ranny, lecz wciąż żywy.
Ambraxas ruszył do szarży. Krokiem przez mgłę pojawił się nagle za bestią, a jego głos zabrzmiał jak modlitwa i oskarżenie jednocześnie:
„Hoarze, prowadź moją dłoń i niech będzie ona twoim gniewem. Niech ten cios stanie się twoim wyrokiem.”
W furii chwycił ogon smoka, który jeszcze przed chwilą przeleciał nad głową Felixa, i przygwoździł go do ziemi włócznią. Nie zwalniając ani na moment, wskoczył na grzbiet bestii. W jego dłoni zmaterializowała się kolejna włócznia — uderzył nią, przybijając lewe skrzydło do korpusu, unieruchamiając je. Chwilę później pojawiła się następna; prawym skrzydłem smoka wstrząsnął spazm bólu, gdy broń przebiła je i wbiła się głęboko w pierś bestii.
Ambraxas odbił się od rozżarzonego ciała i wyskoczył w powietrze. W locie zadał ostatni cios. Włócznia wbiła się u podstawy czaszki, przebijając gardziel i mózg smoka. Paladyn wylądował ciężko na kamiennej posadzce, a w jego dłoni pojawiła się jeszcze jedna włócznia. Uderzył nią o ziemię — i wszystkie włócznie tkwiące w ciele Melauthaura eksplodowały jednocześnie boską energią.
Ciało smoka nie opadło od razu. Żar, którym płonął, zaczął gasnąć, pulsując słabiej i słabiej, aż po krótkiej chwili eksplodował oślepiającym światłem. Rozszarpane cielsko runęło martwe na kamienną posadzkę.
Leże pogrążyło się w ciszy, a ogień, który przez wieki oddychał wolą Melauthaura, po raz pierwszy od bardzo dawna nie miał już swojego pana.
Lawa w komnacie cofnęła się nagle o krok, jakby wulkan zawahał się przez ułamek sekundy po śmierci swego pana. Chwilę później ziemia i ściany zaczęły się trząść, a magma ruszyła gwałtownie we wszystkich kierunkach, wdzierając się w szczeliny i zalewając przestrzeń, która jeszcze przed momentem była leżem smoka.
Felix zareagował natychmiast. Uniósł dłoń i wypuścił falę leczniczej energii, która rozeszła się po polu bitwy niczym łagodny podmuch. Boskie światło objęło Bao i Hildę, zamykając rany, gasząc żar poparzeń i tłumiąc ból. Oboje odzyskali siły, unosząc się z ziemi, gdy cierpienie ustąpiło miejsca kojącemu ciepłu uzdrawiającej magii.
Sklepienie zaczęło pękać. Z góry posypały się fragmenty skał, najpierw pojedyncze, potem całymi kaskadami. Jeden z odłamków spadł wprost na mnicha, powalając go na ziemię, a wejście, którym dostali się do leża, zostało zawalone gruzem. Ambraxas dopadł do wyjścia, lecz zajęło mu to chwilę — sam oberwał spadającymi głazami, czując, jak kolejne uderzenia rozbijają się o jego pancerz i ciało.
Zawalony fragment w końcu ustąpił. Między gruzem pojawiła się wąska szczelina, przez którą wdarło się świeższe powietrze. To wystarczyło. Poszerzyli przejście na tyle, by móc się przecisnąć, a potem jeden po drugim wyrwali się z powrotem na mosty.
Większość z nich była już popękana, a jeden zawalił się całkowicie, znikając w magmie poniżej. Ambraxas biegł prosto przed siebie, nie oglądając się za siebie. Bao podążał jego śladami, przeskakując nad szczelinami i unikając osuwającego się kamienia. Felix, poruszając się z niezwykłą zręcznością, przeskakiwał po skalnych półkach, okrążając komnatę i szukając stabilniejszej drogi. Hilda uaktywniła pas pajęczej wspinaczki i ruszyła sprintem w górę wulkanicznego komina, chwytając się ścian, gdy wszystko wokół zaczynało się rozpadać.
Trójka bohaterów wpadła do kolejnej komnaty, lecz lawa ruszyła za nimi, zalewając podłoże i wdzierając się coraz wyżej. Co gorsza, zaczęła wydzierać się także ze ścian, sącząc się przez pęknięcia i odcinając drogę ucieczki. Mimo to, ranni i wyczerpani, zdołali wyrwać się na zewnątrz, opuszczając wnętrze wulkanu w ostatniej chwili.
W tym czasie Hilda dotarła na szczyt. Chwilę później wulkan eksplodował. Rozpalone kamienie i bryły lawy uderzyły ją w plecy, rzucając nią do przodu. Mimo bólu i ran nie zatrzymała się. Z determinacją zeszła w dół, aż w końcu dotarła do podnóża góry. Za jej plecami niebo zapłonęło ogniem i popiołem, a huk erupcji rozdarł ciszę gór.
Spojrzała na swoje ciało. Dopiero teraz dotarło do niej, że rany, które odniosła, nigdy w pełni nie znikną. Blizny pozostaną — trwałe piętno po spotkaniu ze smoczym gniewem i po zwycięstwie, które kosztowało ją więcej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.